6 lutego 2016

Sucrette & Lysander rozdział 12

Odkrywająca elementy jej codzienności.

Spóźniona stałam przed wejściem do klasy. Przez buzujące we mnie myśli, nie mogłam zasnąć, co za skutkowało zignorowaniem porannego budzika. Zestresowana splotłam dłonie. Nie bałam się reakcji pani, a spotkania Lysandra. No cóż, nie mogę chować głowy w piasek. Przełknęłam głośno ślinę, po czym zapukałam krótko w zamknięte drzwi i weszłam do środka. Wyjaśniłam przyczynę mojego późnego przybycia i udałam się do ławki. Ku memu zaskoczeniu Alexy siedział z bratem, a Kastiel jakby ustąpił mi miejsca obok Lysa, gdyż usiadł samotnie. Eee… Co on taki łaskawy się zrobił? Kładłam zapadające się w podłoże kroki, które wpadały coraz głębiej wraz z zbliżaniem się do obiektu moich obaw. Kąciki ust chłopaka wyginały się w górę. Uciekłam spojrzeniem zanim dopracuje ten swój magiczny uśmiech. Poczułam chłód, gdy najzwyczajniej w świecie go minęłam, siadając sama ze sobą. Rozpakowując się, próbowałam zignorować spojrzenia zdziwionej klasy.
Lekcja minęła spokojnie. Co jakiś czas ktoś z młodocianego społeczeństwa spoglądał na mnie, lecz ani razu nie był to Lysander. W sumie nie dziwię się, pewnie uraziłam jego dumę. Zadzwonił dzwonek, więc zerwałam się do szybkiego spakowania. Nie chcę natknąć się na niego, póki nie zrozumiem tego wszystkiego. Widząc idącego w moim kierunku heterochromika, złapałam najbliższą mi osobę za przedramię i pociągnęłam za sobą do wyjścia z tekstem:
- Musimy o czymś porozmawiać. – Przez przypadek szturchnęłam ramię mojego chłopaka. Wiem, że zachowuję się dziwnie, ale nie mogę pojąć dlaczego ukrywał przede mną coś tak ważnego.
- Hej mała, co ty kurna wyprawiasz? – Usłyszałam ten chamski, chropowaty od nałogów głos. O nie! Mam świetne wyczucie do porywania osób. Zatrzymaliśmy się pod klatką schodową. Hmm skoro już na niego trafiłam, to przepytam go. W końcu są przyjaciółmi.
- Kastiel czy Lysander śpiewa? – Zmarszczył brwi, chyba nie rozumiejąc pytania. Kurcze głupio to ujęłam, każdy umiejętniej lub nie od czasu do czasu podśpiewuje. – Chodzi o to, czy wykonuje to profesjonalnie? – Wyjaśniłam, a on uśmiechnął się nonszalancko.
- Pewnie. Kiedyś graliśmy razem w zespole, ale się to rozsypało. A co? Panieneczka chciałaby posłuchać? – Nachylił się do mnie bliżej. – Jest to do załatwienia za odpowiednią cenę. – Ruszył kilka razy brwiami w górę i w dół. Jaki on jest denerwujący, chyba już wiem, czemu kiedyś Alexy mi zabronił się do niego zbliżać. Jest straszny i niebezpieczny, ciężko rozszyfrować o czym myśli. Teraz też, to jego zachowanie można obierać dwuznacznie.
- Zapomnij. – Skierowałam zezłoszczony wzrok w dół. Z nim nie da się pogadać, nie chcę tego kontynuować. Chciałam odejść, ale ten łachudra złapał mnie za łokieć i pociągnął bliżej siebie. Jego twarz była tak blisko, że jego oddech owiewał mój policzek. – Co ty robisz?
- Pokłóciłaś się z Lysiem?
- Nie twój interes. – Zacisnął mocniej uchwyt na mojej ręce, aż skrzywiłam się z bólu. Jego twarz stała się inna, przerażająca. Znikł głupkowaty uśmieszek, a oczy patrzyły na mnie z wrogością.
- Posłuchaj mała, jeśli skrzywdzisz mi go to pożałujesz. Jesteś jego pierwszą dziewczyną, więc weź za to odpowiedzialność. Jasne? – Matko! A ja myślałam, iż tak czynią tylko przyjaciółeczki. Widać Kastiel musi naprawdę być przywiązany, skoro śle mi takie pogróżki. Doszedł do mnie sens jego piątkowego testu. Kto by się spodziewał.
- Dla mnie to też jest pierwszy raz i nie mogę ci niczego obiecać, bo pewnie nie raz siebie nawzajem zranimy. Przecież oboje się dopiero uczymy. – Puścił mnie i poklepał po głowie jak grzeczne zwierzątko.
- Rozsądnie gadasz, ale i tak uważaj! – Ostrzegł przybierając rolę matki. To naprawdę jest zaskakujące. Pomachał mi palcem wskazującym, karcąc mnie za przyszłość, następnie ruszył w swoją stronę. Ma rację, nie mogę tak się zachowywać jak robiłam to do tej pory. To moje niedyskretne unikanie go jest bolesne, ciekawe jak ja bym się czuła na jego miejscu. Co to za związek bez szczerych rozmów i wyjaśnień. Nie można trzymać czegoś w sobie, bo spotęguje się to do olbrzymich rozmiarów przerastających nas. Widocznie miał powód, żeby to przede mną ukrywać, popełnił błąd, jednak ja nie mogę czynić podobnie.
- Su? – Usłyszałam znajomy głos. Niewidzialne wibracje przygnały go wprost do mnie. Chyba naprawdę łączy nas przeznaczenie. Widząc jego zmartwioną minę, od razu podskoczyłam, by go przytulić.
- Przepraszam za moje zachowanie. – Wyraziłam skruchę, słysząc jak jego serce przyśpiesza. Objął mnie, mocno do siebie przyciskając.
- Czy czymś cię uraziłem? – Zadrżał jego piękny głos. Odsunęłam się, aby wyciągnąć z torby notes. Pokazałam mu go, a jego oczy rozszerzyły się w szoku. – Skąd… - Wydukał spinając się na baczność.
- Dostałam od obsługi koncertu. – Powędrował źrenicami gdzieś w bok. Cały pobladł, wystraszony. – Nie przejmuj się, nie jestem zła. Jednak mógłbyś mi zdradzić, dlaczego mi o tym nie powiedziałeś? – Uśmiechnęłam się pełna nadziei na jakieś wyjaśnienie, lecz chłopak nerwowo pogłaskał się po czole dwoma palcami. Nawet na mnie nie patrzył. – Hej Lysander co jest? – Zmartwiłam się gładząc jego ramię. Chciałam dodać mu otuchy, jednakże nie wyglądał jakby zrobiło mu się lepiej. Nie rozumiem.  Niestety musieliśmy odłożyć dalszą rozmowę na później, gdyż dzwonek nakazał nam udać się na lekcję. Usiedliśmy razem w niezręcznej atmosferze wydobywającej się ze strony Lysandra. Mam co do tego złe przeczucia.

Oddałam Lysandrowi jego własność, a ten już spokojniejszy mile mi podziękował, po czym uciekł gdzieś z Kastielem i Alexy’m. Aha. Teraz to on mnie będzie unikać? Ten dzień jest okropny. Zamiast cieszyć się naszym prawdziwym uczuciem to traktujemy siebie jeszcze gorzej niż gdy nic między nami nie było. Wtedy jego zachowanie było mi obojętne, natomiast w tej chwili niepokoi i wprawia w stan lęku o utracie tej drugiej osoby.
- Gdzie masz Lysandra? – Zapytała Rozalia zawieszając się na moich plecach. Ta to lubi się chyba przytulać.
- Poszedł sobie z kolegami. – Dokuczliwie zabuczała mi do ucha.
- Zazdrosna? – Zaśmiała się. Nie, to nie to. Po prostu odkąd mu powiedziałam, że wiem o jego tajemnicy stał się inny. Taki zdystansowany wobec mnie. – Ale nie ładnie postąpił. Nie zostawia się tak swojej dziewczyny dla kumpli. Pogadam z nim, więc proszę o uśmiech.
- Nie musisz z nim rozmawiać. – Uśmiechnęłam się z trudem, aby dała sobie z tym spokój. Właściwie to mogę ją chyba powypytywać. Z nią pójdzie łatwiej, niż z Kastielem. Tak sądzę. – Rozalia czy Lysander kiedyś śpiewał w zespole? – Na jej twarzy zakwitły miłe wspomnienia, objawiające się radością.
- Tak. Założył zespół z Kastielem. Byli świetni, naprawdę wymiatali. Mieli wielu fanów i propozycji do występów scenicznych. – Opowiedziała wesoła, lecz po chwili posmutniała. - Pragnęli się rozwijać, co wiązało się z powiększeniem składu. Kastiel miał dziewczynę, która jako tako brzdękała na gitarze, więc ją wciągnął. Potem przyłączył się do nich profesjonalny perkusista. Wszystko miało się coraz lepiej, aż do momentu, kiedy powstał mały konflikt dotyczący Debry – laski Kastiela. Okazało się, że wdała się w romans z perkusistą. Wiesz jaki jest Kastiel. Wszystko rozwalił. Lysander na tym najgorzej wyszedł, bo nic nie zawinił, a i tak zapłacił zbiorową karę. – Szkoda mi ich zespołu, żałuję, iż nigdy ich nie usłyszałam. Ale nic straconego.
- Roza masz może jakąś ich płytę? – Skoro Lys nie chce mi nic powiedzieć, to przecież mogę posłuchać i się upewnić, co do jego artystycznej tożsamości. I przy okazji zdobyć to, co dla mnie tak cenne. Piosenki ubrane w jego głos. Jeju, jeju, aż się podekscytowałam na samą myśl o wieczorach umilanych jego twórczością. Niewierze w moje szczęście, ukochany muzyk i ukochany chłopak w tej samej osobie. To zdecydowanie wola nieba!
- Powinnam jakąś mieć. Poszukam w domu i ci przyniosę jutro. – Chyba udzielił się jej mu stan, ponieważ i ona promieniowała szczęściem. – A tak z innej beczki, słyszałam nowinkę od Alexy’ego. Spędziłaś noc z Lysem?! – Złapała się za policzki podskakując w miejscu, tymczasem ja zapadałam się pod ziemię ze wstydu. Jakie spędzanie nocy? Co on jej za brednie nagadał? I jeszcze czemu ona tak się wydarła? Wszyscy w około popatrzyli na mnie dziwnie. Uduszę ich oboje!
- To nieporozumienie. My tylko spaliśmy w jednym łóżku, tylko tyle. Do niczego nie doszło. – Dukałam zawzięcie, choć płonące policzki od przypomnienia sobie rozmów i pocałunku zdradzały zupełnie coś innego. Dziewczyna zaczęła chichotać, klepiąc mnie po ramieniu.
- Oj nie wstydź się. Na takiego Lysia to nie jedna by się rzuciła. – Mrugnęła mi oczkiem. Co?! Dobra, dobra! Wiem, że go zaatakowałam ustami, ale bez przesady. Wcale się na niego nie rzucałam. Masakra! Chcę zniknąć. Czym prędzej ruszyłam w stronę klasy, w której mieliśmy następną lekcję. Nie czekałam na biegnącą za mną Rozę, głośno się śmiejącą. – Ej czekaj, czekaj! – Piszczała truchtając obok mnie. Nawet na nią nie patrząc, mogę zobaczyć jej wyraz twarzy. – Żartuję tylko. – Westchnęłam zażenowana, zwalniając tempo.
- To nie było śmieszne. – Burknęłam trochę obrażona.
- No okej, sorki. Zdradź chociaż, czy podobał ci się jego tatuaż?
- Tatuaż? – Zdziwiłam się zerkając na nią wielkimi oczami. Pierwsze słyszę…
- To też nie jest śmieszne. – Pokazała mi język, odbierając moje zaskoczenie jako małą zemstę. Tymczasem ja walczyłam ze swoją wrodzoną ciekawością. Chcę go zobaczyć.

Super! Pierwszy raz cieszę się z wychowania fizycznego. Lysander pozbył się swoich wiktoriańskich ubrań, by biegać teraz dookoła boiska w krótkim rękawku i spodniach dresowych. Muszę znaleźć się bliżej niego, aby poszukać tatuażu, bo przecież nie zapytam bezpośrednio. Za bardzo się wstydzę mojej wścibskości. Tylko jak ja mam się do niego dorwać, skoro on na siłę próbuję trzymać mnie daleko od siebie? O co mu chodzi? Przecież jestem przeszczęśliwa, że to on okazał być się moim muzykiem. Jakby tu przyciągnąć uwagę tego skomplikowanego chłopaka? Spojrzałam na dziewczyny siedzące na ławeczce, nie mogące z jakiegoś powodu dołączyć do naszego prowizorycznego maratonu. Hmm… Ugh. Zatrzymałam się i przykucnęłam, łapiąc się za brzuch.
- Sucrette wszystko w porządku? – Podbiegł do mnie Alexy, kładąc mi dłoń na drżących plecach.
- N-nie brzuch… mnie boli. – Wyjęczałam, ciężko oddychając. Skuliłam się mocniej.
- Dasz radę wstać i pójść do pielęgniarki? – Usłyszałam zmartwiony głos wuefisty. Kiwnęłam przeczącą głową.
- To może ją zaniosę? – Zaproponował Alexy nachylając się do mnie. Zmarszczyłam brwi, zawiedziona. Dobrze, że tego nie widzieli. Nie chcę jego, chcę żeby to był Lysander.
- Alexy bez urazy, ale nie przemęczaj się. Ja to zrobię. – Och czy to Lysander? Idealnie, plan zadziałał. Zerknęłam cierpiącym wzrokiem na ukochanego, który niewyraźnie się do mnie uśmiechnął. Podniósł mnie i wziął na ręce jak księżniczkę. Jak fajnie, być niesioną przez prawdziwego księcia.
- Lysander w szatni mam tabletki. Czy mógłbyś mnie tam zanieść? – Zapytałam ostrożnie, bo u pielęgniarki może wyjść moja symulacja. A nie chcę jeszcze bardziej zawodzić Lysa. Uzależniłam się od kłamstwa, stałam się złym człowiekiem.
- Dobrze. – Rzekł potulnie, wchodząc do dziewczęcej przebieralni i odkładając mnie delikatnie na ławeczkę. – Gdzie masz torbę? – Dopytał rozglądając się wokoło.
- Tutaj. – Wyszeptałam schylając się ku ziemi. Chłopak nagle podskoczył do mnie, ubiegając mnie w podniesieniu przedmiotu.
- Nie nachylaj się. Proszę. – Podał mi torbę, a ja skrycie wyciągnęłam z niej zwykłego cukierka miętowego i wodę. Łyknęłam, żeby miał pewność co do doskwierającej mnie boleści. Czuję się z tym źle, co ja robię? Usiadł obok mnie i złapał mnie za dłoń. Delikatnie głaskał kciukiem wierzch rozsyłając po moim ciele przyjemne dreszcze. Och. Opadłam głową na jego ramię. Wtuliłam się w niego pełna miłości. – Zostanę tutaj z tobą, póki ci nie przejdzie.
- Dziękuję. – Odparłam pełna wyrzutów sumienia. To dobra okazja to porozmawiania o sytuacji z rana, lecz nie wiem od czego zacząć. Nie chcę go denerwować, ani płoszyć. – Lysander…
- Tym razem to ja powinienem cię przeprosić, nieprawdaż? Trochę mnie zaskoczyłaś tym notatnikiem, więc stąd moje zachowanie. Nie przejmuj się nim. – Spojrzałam na nasze połączone ręce, które wyrównały swoją temperaturę.
- Dlaczego mi nie powiedziałeś? Wiesz, ile to dla mnie znaczy.
- Bo to nie jest tak jak myślisz… - Wymamrotał jakoś przybity.
- A jak? – Udzielił mi się jego nastrój, gdyż ton mojego głosu także stał się smutny.
- Kto jest dla ciebie cenniejszy? Muzyk czy ja? – Co to za pytanie? I to z jego ust? Odsunęłam się od niego, by popatrzeć na jego opuszczoną w dół głowę. Wyglądał jakby ogarniało go nieszczęście zmieszane ze wstydem. I on, i muzyk są dla mnie ważni. Nie wiem czy jestem w stanie wybierać, ale po co mam to robić? Przecież to ta sama osoba… Aha. Już zrozumiałam jego rozterki. Ale on jest naiwnie głupiutki. To słodkie. Przejmuje się, że jako osoba przegrywa tą walkę o moje serce. Jednakże jego obawy są zbędne. Nic nie równa się tej miłości, którą go obdarzam czyli nie muzycznego Lysandra. Dźwięki będą nam tylko towarzyszyć we wspólnym życiu. Nie mają co się równać z żywą istotą.
- Oczywiście, że ty. – Uśmiechnęłam się do niego czule, a on zarumienił się. Popatrzył na mnie, jakbym spełniła jedno z jego marzeń. Uniósł palcem lekko mój podbródek. Nachylił się, po czym złączył nasze usta w mówiącym „kocham cię” pocałunku. Kurczę, moja tabletka coś nie pomogła, bo teraz naprawdę zabolało mnie podbrzusze od wariujących motyli. Chłopak oddalił się na chwilkę.
- Miętowe lekarstwo, tak? – Wyszczerzyłam się niewinnie, a on przytulił mnie mocno rozbawiony moim kłamstewkiem. Oboje jesteśmy niemożliwi, dobraliśmy się. Właśnie! Myślę, że jesteśmy w stosunku do siebie na tyle otwarci, by bez problemu pokazał mi swój sekrecik.
- Czy mogłabym zobaczyć twój tatuaż? – Zapytałam nieśmiało. Odsunął się ode mnie zdziwiony.
- Nie widziałaś go u Alexy’ego? – Czy on jest jakiś ogromny, że tak to moje przeoczenie dziwi? Wydymając dolną wargę, pokręciłam głową na nie. Westchnął, następnie podniósł się z ławki i stanął do mnie tyłem. – Pokażę ci go ten jeden raz, więc patrz uważnie. – Oznajmił, powoli zdejmując bluzkę.
- Wow! – Tylko tyle wydusiłam w zachwycie.

5 lutego 2016

Sucrette & Kastiel part XVI

PERSPEKTYWA KASTIELA

Nie ogarniam w zupełności! Paliłem jednego papierosa za drugim stojąc samotnie w miejscu, które kiedyś pokazała mi Sucrette. Dokładnie tutaj, na tym pnie służącym mi jako podest złożyłem jej obietnicę. Nie dotrzymałem jej, choć wtedy byłem o tym przekonany. Teraz, kiedy uczyniłem to, czego tak się bała, czy mogę stwierdzić ważność moich słów? Był jakiś sens tamtych wypowiedzi? Czy było warto przekreślać naszą przyjaźń? Odsunąć ją od siebie? Wyciągnąłem rozłożoną dłoń w stronę gwiazd. Odległych i nieosiągalnych jak Sucrette. Podjąłem decyzję, mającą zmienić moje życie. Nie! Egzystencję dwojga ludzi. Miałem nie żałować, miałem czuć ulgę… Więc dlaczego nie jestem szczęśliwy?

Wędrowałem z Demonem w kierunku mieszkania. Moje kroki traciły swą pewność wraz z mijaniem posesji Su. Nawet pies odczuł tą nostalgię, bo przystanął i skierował pysk na tak dobrze znaną mu furtkę. Przybity podkulił ogon i pociągnął mnie bliżej ogrodzenia. Stał na baczność, jakby czekał na swoją właścicielkę. Ja sam wodziłem spojrzeniem po pustakowych ścianach. W jej oknie było ciemno, zdradzając brak jej w środku. Czyżby spędzała noc poza murami domostwa? Kiedyś z pewnością bym o tym wiedział, lecz teraz nie ma to znaczenia. Już nic mi nie mówi, sam do tego doprowadziłem. Nie potrafię jej zdobyć… Gdybym wiedział wtedy, że tak to się potoczy, to nic bym nie robił. Pozostawił to po staremu. Nawet wczorajsze wydarzenia w łazience nic nie wskórały. Osiągnęły odwrotny efekt, staliśmy się dla siebie jeszcze bardziej obcy. Mam świadomość jej niepoczytalności w tamtym momencie, w końcu taki był skutek buzujących w jej krwiobiegu procentów. Pewnie żałuje, przecież zdruzgotała swoją niewinność. Zdradziła Kentina i samą siebie. Zapomniała się ze swoim byłym przyjacielem. Ach… Dlaczego wciąż to przeżywam? Gdy zamknę oczy widzę jej ciało, gesty, mimikę, pożądliwe spojrzenie, rumieńce, usta wyginające się w rozkoszne dźwięki, gęsią skórkę, jej gięcie się pod wpływem mojego dotyku… Całą ją, pokazującą się tak po raz pierwszy, Zakryłem ręką twarz i westchnąłem. Teraz nie chce mnie znać. Napadłem ją, skazując na wyrzuty sumienia. Nawet nie mam jak z nią porozmawiać, bo odrzuca każdą moją próbę kontaktu. Łamie mi serce, depcze moją stabilność. Spadam w dół, coraz głębiej i głębiej. Nieporównywalny ból molestuje moje wnętrze. Jestem zamknięty w żelaznej dziewicy, której jadowite kolce siatkowały resztkę moich chęci do życia. Nie mam nikogo. Wszyscy mnie opuścili. Rodzice, Sucrette… Demon jakby rozszyfrowując moje myśli, zaczął łasić się do moich nóg. No tak, pozostał mi tylko on.

Po problematycznym wykąpaniu pupila czas przyszedł na mnie. Przez Demona sam jestem cały w błocie, wodzie, płynach czyszczących i wszelakich innych niewiadomych. Już zabrałem się do zdjęcia bluzki, gdy ktoś zadzwonił do drzwi. Pies zaczął głośno szczekać, więc nie mógł być to nikt znajomy. Trochę od niechcenia udałem się, by obadać nieproszonego gościa. Zastanawiało mnie, kto jest na tyle nieogarnięty, żeby zakłócać mój spokój tak późno. O dziwo, widok Debry nie bardzo mnie zaskoczył. Przytrzymując wariującego psa, chciałem rozmówić się z nią przez próg, lecz jej nagły wybuch płaczu nie pozwolił mi na to. Może bym ją kiedyś zignorował, ale teraz potrzebowałem kogoś, aby choć trochę wyzbyć się samotności. A sądząc po stanie dziewczyny, jej też się ktoś przyda. Zamknąłem psa w kuchni, po czym poczekałem jak przybyszka się uspokoi. Staliśmy w korytarzu, oświetleni lichym blaskiem energooszczędnej żarówki. Przyglądając się jej intensywniej, nie umknęły mi świeże malinki na szyi. No ładnie się musiała bawić przed zawitaniem w moje skromne progi.
- Kastiel mam problem. – Odparła ocierając twarz z łez. Mlasnąłem ustami, nie bardzo przejęty. Jakoś nie ufam tej lasce, wydaje mi się jakaś lewa. W sumie to głupio zrobiłem, że ją wpuściłem. Ale dobra, zagram w jej gierkę i poudaję zmartwionego.
- Jaki?
- Chodzi o pewnego gostka… - No i zaczęła opowieść o jakimś domniemanym prześladowcy. Wyjaśniła, iż malinki są świadectwem jego napaści. Eee… Dał radę jej to zrobić podczas ciągłego wyrywania? Chyba nie walczyła zbyt zawzięcie. Nagle wyciągnęła ręce, aby mnie przytulić. Prędko je zatrzymałem. Nie chcę takich aktów, mam dość osób działających na kilka frontów.
- Usiądź gdzieś i się opanuj. Odprowadzę cię do domu, tylko najpierw się wykąpie. Poczekasz? – Zapytałem spokojnie, na co ona kiwnęła potwierdzająco głową. Pomaszerowała do mojej sypialni.

Wyszedłem z łazienki w samych spodniach dresowych. Przyzwyczajony do takiego stylu bycia w domu zupełnie zapomniałem o moim gościu, który akurat stał przy drzwiach wyjściowych owinięty w moją pościel.
- Co ty wyprawiasz? – Zdziwiłem się. Odwróciła się jak kukła na obrotowych kółkach, sztywno i mechanicznie. Na twarz wdarł się jej sztuczny uśmieszek.
- Nic, zimno mi się zrobiło. – Rzekła wtulając się w materiał. Ok, nieważne. Kobiety są dziwne, lepiej nie rozkminiać ich zachowania. Udaliśmy się do pokoju, w którym myśląc o Sucrette zapadam w sen. Debra opierała się ramieniem o framugę, bacznie obserwując każdy mój ruch. Natomiast ja zgarnąłem bluzkę z szafy, następnie usiadłem na krawędzi łóżka, by ją założyć.
- No co? – Burknąłem dostrzegając jej niezadowolenie. Wtem przybliżyła się do mnie niebezpiecznie. Złapała moje ręce, wtapiając we mnie wymowny wzrok.
- Kas kocham cię. – Myślałem, że oczy wyskoczą mi z orbit.
- Co? – Wydusiłem oszołomiony, ale dość szybko rozsądek odgonił zaskoczenie. Dziewczyna usiadła na moich udach, oplatając mnie nogami i przytulając piersi do mojego ryja. Zaraz, czy ona jest w samej bieliźnie?
- Zróbmy to. – Wyszeptała błagalnie… O kurwa. Takiej osoby to ja jeszcze nie poznałem. Kurde, co robić? Wiem, że jeśli ją tknę to u Su nie mam na co liczyć, jednakże czy już wcześniej mi tego nie uświadomiła? Ona ma chłopaka, posiada kogoś, kogo kocha… Objąłem Debrę, gładząc delikatnie jej nagie plecy. Wzdychała, jednak jej reakcje są niczym w porównaniu z Suśką. Mimo że jestem z kimś tak blisko, nie czuję ciepła, a mrożący krew w żyłach chłód. Pustość i obojętność, które odbierały mi zdolność do podniecenia. Moje ciało nie może tego zrobić, zdradzić serca. Ono już ma ukochaną. Nawet umysł przyswoił do siebie przynależność moją i Su.
- Nie bądź śmieszna. – Oznajmiłem cofając dłonie. Odsunęła się kawałek, by zmierzyć mnie pytającym spojrzeniem.
- Co ci jest? Nie chcesz mnie? Jestem w tym dobra, nie pożałujesz. – Zapewniała desperacko. Westchnąłem ciężko.
- Już żałuję, że cię tu wpuściłem. Zejdź ze mnie. – Zezłoszczona wbiła mi paznokcie w łopatki. To nic, te lekkie ukłucie jest dużo mniej bolesne niż odrzucanie przez Sucrette.
- Zastanów się. – Oznajmiła kładąc pocałunek na moich wargach. Suchy, nieprzyjemny, bezuczuciowy. Odepchnąłem ją, aż upadła na podłogę. Kurde, nie chciałem postąpić z nią tak brutalnie, ale mnie do tego zmusiła. Podniosła się prędko, wypełniona wściekłością. Ach chyba jej miłość ewoluowała w nienawiść. – Bydlak!
- Byłbym nim, gdybym cię przeleciał. Chciałabyś, żebym potraktował cię jako panienkę na jedną noc? – Zasłoniła się podniesioną z ziemi kołdrą.
- Jasne! Bo niby chodzi ci o mnie! Sucrette nigdy nie będzie twoja, kumasz? Nigdy cię nie pokocha. Takie laski lecą na chłoptasiów takich jak Ken, nie na dupków. Tobie są przeznaczone dziewczyny takie jak ja. Zrozum! Jesteś dla niej śmieciem, nic niewarty! Odpuść sobie, bo to żałosne! – Wykrzyczała, a każde słowo przebijało mnie na wylot. Znów wróciłem do tego bolesnego stanu rozpaczy. Rozrywało mnie na kawałki. Nabranie powietrza utrudniło się, a oczy zaczęły mnie piec. Ścisnąłem zęby i zacisnąłem pięści, które były efektem narastającej we mnie złości. Rozkurwię coś zaraz. Najlepiej ją. Albo nie! Siebie samego.
- Wypierdalaj! – Ryknąłem nawet na nią nie patrząc. Jeśli bym to zrobił to pewnie skończyło by się wezwaniem karetki. Zebrała się i już, kiedy miała opuścić pomieszczenie, oczywiście musiała coś dogadać.
- Żal mi cię. – Zdenerwowany wyciągnąłem papierosy. Byłem wręcz wściekły. Doskonale zdaję sobie sprawę ze swojej żałosności. Wykańcza mnie to!

Co mi odjebało, żeby przychodzić dzisiaj do szkoły i siedzieć do ostatniej lekcji? Sucrette idealnie pokazała mi, jak bardzo jestem niemile widziany. Bezsensu. Mijałem właśnie bramę, gdy natknąłem się na kogoś, kogo pod żadnym pozorem nie chciałem spotkać.
- Cześć. – Burknął Kentin widocznie z tym samym nastawieniem, co ja.
- Po co żeś tu przylazł? – Warknąłem niespokojnie.
- Spotkać się ze swoją dziewczyną. – Zrobili to specjalnie, czy jak? Co, teraz całemu światu będą pokazywać swoją wielką miłość? Sucrette jest śmieszna, naprawdę.
- Wybaczyłeś jej? – Popatrzył na mnie wielkimi oczami i z głębokimi zmarszczkami między brwiami, jakby nie wiedział o czym do niego mówię. Szybko jednak zakrył się maską ignorancji.
- Nie mam jej czego wybaczać. – Odparł, krzyżując ręce i patrząc w stronę szklanych drzwi.
- Aha. Czyli nie przeszkadza ci to, co ze mną zrobiła? – Odniosłem wrażenie, iż jego policzki stały się bledsze. Podoba mi się to. Niepokojenie go. Mogę mu uprzykrzyć życie, jakie to cudne uczucie.
- Pff. – Parsknął po chwili, łapiąc się za głowę. Zmierzył mnie pogardliwie, jakbym był robakiem łatwym do zdeptania. – Zabawne jest to, co gadasz i w co próbujesz mnie wkopać. Jednak nie obchodzi mnie, co zrobiliście po pijaku, skoro ze mną będzie to wszystko czynić na trzeźwo. Kapujesz? Będzie tego świadoma. I w ogóle jeśli nie potrafisz zawalczyć o nią, jak mężczyzna to spadaj. Zostaw ją prawdziwemu facetowi. – Wczorajsza i dzisiejsza złość skumulowała się we mnie, by teraz wybuchnąć. Nim się zorientowałem, trzymałem tego dupka za kurtkę.
- Mam ci pokazać mężczyznę? – Uniosłem w górę pięść, zamachując się, lecz on zamiast kulić się i poddawać, uśmiechnął się triumfalnie.
- No dalej, uderz mnie. Nie oddam ci, nie będę się zniżał do twojego poziomu. – Prowokował mnie, jednak nie potrafiłem zadać ciosu. Coś we mnie pękło. Moje ręce zaczęły się trząść. Puściłem idiotę, choć tak bardzo pragnąłem go stłuc. – Chcesz, żebym zaczął traktować się na równi? To nie baw się jak dzieciuch w gierki tylko zacznij zachowywać, jak poważnie zakochany człowiek. Wtedy może spojrzę na ciebie, jak na rywala. – Dodał, poprawiając pomierzwione ciuchy. Aż mnie świerzbi, żeby go walnąć, jednakże coś mnie blokowało.
- Kentin co się stało? Zrobił ci coś? – Usłyszałem zatroskany głos Sucrette. Podbiegła do nas, nawet na mnie nie zerkając. Super! Jestem dla niej jak powietrze, do czego to doszło?
- Nie. Aktualnie nie jest do tego zdolny. – Popatrzył na mnie z wyższością, co natężyło moją złość.
- Sucrette posłuchaj… - Dotknąłem jej ramienia, chcąc zwrócić jej uwagę, lecz ona mocnym uderzeniem strząsnęła ją z siebie, jakby była osą z ostrym żądłem.
- Nie dotykaj mnie! – Burknęła wbijając mi sztylet w klatkę piersiową. Złapała Kentina za dłoń i bez słowa pociągnęła za sobą w swoją stronę. A ja stałem osłupiały, czując się jak ostatnie ścierwo. Już rozumiem. Czas wyłożyć karty na stół, jednak czy jest to dla mnie jeszcze możliwe? Skoro ona tak bardzo mnie nienawidzi.

30 stycznia 2016

Sucrette & Kastiel part XV

PERSPEKTYWA SUCRETTE

Wyprana z emocji sięgnęłam po sukienkę. Jednak nie potrafiłam jej na siebie wciągnąć. Stałam na środku bolesnej przestrzeni, ślepo patrząc na podłogowe kafelki. Czarna dziura w mojej klatce piersiowej wciągała mnie w rozpacz. Moje ciało stało się drżącą skorupą. Nie potrafiłam przyjąć do świadomości tego, co zaszło przed chwilą. Czułam na sobie znikome ciepło Kastiela, jego dotyk, pocałunki, będące dla niego tylko zabawą. Te ślady boleśnie wżynały się w moją skórę, by przesiąknąć do roztrzęsionego serca. Zniewolił mnie, dał mi się posmakować, żeby uzależnić. Nie miałam pojęcia, jak łatwo doprowadzi mnie do stanu podobnego do głodu narkotykowego. Tak bardzo go pragnę, lecz nie mogę pozwolić sobie na więcej, bo gdy przedawkuję to zasnę w długowieczny sen cierpień gorszych już od samej śmierci. Zostawił mnie samą z upokorzeniem i zhańbieniem. Wstyd mi, że jeszcze ośmielam się za nim tęsknić.

Zatrzymałam się przed drzwiami do pokoju Lysandra. Czułam strach przed ujrzeniem Kastiela. Chociaż serce łomotało mi jak opętane, musiałam się przełamać. Zacisnęłam drżące pięści, uniosłam podbródek do góry, wmawiając sobie siłę i dumę, którą utraciłam w łazience. Nacisnęłam klamkę, uchylając drzwi. Szybkie oględziny wnętrza. Uff. Nigdy, aż tak mi nie ulżyło, że kogoś nie widzę. Trzeba uciekać, póki mam do tego okazję. Ken na mój widok zerwał się na równe nogi. Jednakże ja nawet nie potrafiłam spojrzeć mu w oczy, zresztą nikomu stąd.
- Kentin idziemy już. – Odparłam łamliwym głosem. Nie spodziewałam się, że tak trudno będzie mi wydobyć z siebie dźwięk. Odwróciłam się na pięcie, skrycie zakrywając oczy. Nie, proszę! Jeszcze nie teraz. Dopiero, gdy dojdziemy do domu… Słyszycie moje łzy? Posłuchajcie się, ten jeden raz.
- Pożegnajcie od nas chłopców. – Usłyszałam za sobą zatroskany ton, widać nie udało mi się zagrać, iż wszystko okej. Znajoma dłoń uchwyciła moją, a mój policzek został przyklejony do kojącego ciepła.
- Su… Uważajcie na siebie. – Ostrzegła Iris pewnie z tym swoim zmartwionym wyrazem twarzy. Kentin pociągnął mnie ze sobą. Jego dbanie i czuwanie nade mną pozwoliło mi na bezgraniczne zaufanie w bezpiecznym wyprowadzeniu z tego cholernego domu. Poczułam powiew świeżego powietrza. Wyszliśmy już? Uniosłam wzrok, spoglądając na Kastiela wychodzącego zza zasłony zakrywającej taras. Gdy nasze oczy się spotkały, on zatrzymał się jak wryty, a mi przeszedł bolesny dreszcz po linii kręgosłupa. Gdyby nie ciągnięcie przez Kena, zastygłabym jak kamień. Uciekłam spojrzeniem na boje buty, ściskając mocniej mojego wybawiciela.

Szliśmy w grobowej ciszy. Robiliśmy małe kroki pogrążeni w własnych myślach. Noc była chłodna, więc wtuliłam się w puchaty szalik. Już dawno puściłam rękę Kentina. Nie mogłam jej trzymać, jakbyśmy byli parą zakochanych. Nie, kiedy czuję się rozchwiana emocjonalnie.
- Sucrette czy… - Zawahał się, widać ciężko mu przychodzi zadanie pytania. - … Stało się coś między tobą, a Kastielem? – Zmarszczyłam brwi skołowana. Opuściłam głowę uginając się pod jego wierzącym we mnie wzrokiem. Westchnął ciężko, biorąc moje milczenia za twierdzącą odpowiedź. – Czy to do niego było skierowane tamto wyznanie? – On znów o tym. Wyrzuty sumienia krążyły w moich żyłach, obierając sobie za źródło depresję. Zabolał brzuch, na którym wyżywał się mój stres. Wszystko stało się takie zagmatwane.
- Sucrette nie milcz tak. – Przesiąkł do mojej małżowiny usznej zrozpaczony głos.
- Nie wiem co mam ci powiedzieć. Ja i Kastiel to szmat czasu w przyjaźni. Był przy mnie zawsze, teraz jednak odszedł. Zerwał ze mną znajomość.
- Nie wygląda na to. – Odparł z lekkim wyrzutem. Zebrałam w sobie resztki odwagi i popatrzyłam na niego.
- Ale tak jest. – Oznajmiłam twardo. – Deklarował, że to koniec, po czym wyrzucił mnie ze swojego życia jak przedmiot. Jeśli ma zachciankę to sięga po mnie, by po chwili zabawy odstawić, bo się zdążył znudzić. – Zatrzymaliśmy się. Kentin przypatrywał mi się zaskoczony. Nie potrafię stwierdzić, czy to przez moje słowa, czy przez spływające po policzkach krople. – Nie wiem, czy on wie, co to miłość. Jak to jest, kochać kogoś tak bardzo, że pozwalamy sobą pomiatać, obrażać i ranić. Kiedy dla dobra tej drugiej osoby, jesteśmy zdolni skazać siebie na cierpienie. Czy zna smak łez? Czy też zna stan, gdy nie możesz jeść, spać, funkcjonować przez ciągłe myślenie o tej drugiej osobie? Jak to jest budzić się i zasypiać wypełnionym nieodwzajemnionym uczuciem? Jaka nie przyjemna jest wciąż mokra poduszka? Codziennie wstawanie bez chęci do życia? Czucie pragnienia nie otworzenia rankiem oczu? Jak to jest…
- Dobrze. Już dobrze. Uspokój się. – Przytulił mnie mocno, pozwalając na spokojne dojście do siebie.
- Kentin przepraszam cię. – Głaszcząc moje włosy, oparł swój podbródek o czubek mojej głowy.
- Nie płacz, proszę. Nie chcę cię mu oddawać, skoro doprowadza cię do takiego stanu. Wiesz, że jestem w stanie pokazać ci, co to szczęśliwa miłość. Jeśli będziesz chciała o nim zapomnieć, nie bój się wykorzystać w tym celu mnie. Chciałbym być tym, który zadba o twój uśmiech i abyś odzyskała sens porannego opuszczania łóżka. – Oznajmił spokojny, tonem pełnym cierpliwości oraz nadziei.
- Kentin dziękuję, ale ja tak nie mogę. – Pociągnęłam nosem.
- Wiem. – Burknął smutno.

Niedzielny dzień minął mi z prędkością światła. Podjęłam decyzję o zaczęciu nowego życia. Bez Kastiela, którego mam już po dziurki w nosie. Dość łez, dość rozpaczania. Postaram się wyzbyć wszystkiego, co było źródłem nieszczęścia. Moja osobowość nie pozwala mi przyjąć uczuć Kentina. Nie w takim stanie. Wpierw muszę ustatkować moje serce. Siedziałam na łóżku z chęcią pójścia spać. Wyznaczyłam sobie za cel, nie myślenie o „pewnej osobie”. Nawet udało mi się zignorować jego telefony. Niech spada na drzewo. Wycierałam właśnie włosy, kiedy kolejny raz tego dnia odezwała się moja komórka. Spojrzałam na wyświetlacz. Jej, to się szczerze nie spodziewałam.
- Halo? – Odebrałam zaskoczona.
- Su, gdzie jesteś? – Eee? Co to za pytanie? Zmarszczyłam brwi i niepewnie odparłam:
- W domu.
- Powiedz mi, czy ty jesteś z Kentinem? – Zmarszczki na czole pogłębiły się w zadziwieniu na łamiący się, piszczący głos Rozalii. Trochę zaczęłam się niepokoić.
- Czemu jesteś taka roztrzęsiona, co się dzieje? – Zmartwiłam się, bo dziewczyna raczej nie dzwoni do mnie z taką dawką emocji. Zazwyczaj rozgaduje się o swoich nowych, unikatowych nabytkach w shoppingu.
- Odpowiedz! Kochasz Kastiela? – Ech?
- Przecież wiesz… - Westchnęłam przygnębiona.
- Kochasz, czy nie? – Zabrzmiało poważnie, nie wiedziałam, że stać ją na taką dominację.
- Kocham. – Odpowiedziało za mnie niespokojne serce. Kurcze! Czemu wtedy, kiedy nie chcę o nim rozmawiać, ona rozpoczyna ten temat?
- Szlak! – Prychnęła. – Nie wiem, czy powinnam… Kurde powiem ci. Debra dzwoniła do mnie i chwaliła się, iż wymyśliła plan jak zaciągnąć Kasa do łóżka. Sucrette wiesz jaka ona jest. Jeśli jej na czymś zależy to użyje wszystkiego, aby to zdobyć. – Znieruchomiałam ogarnięta niewytłumaczalnym strachem. Mój niepokój wzrósł, jakby przeczuwał wielką tragedię.
- Po co mi to mówisz? – Starałam się, by mój głos był naturalny, więc dlaczego mnie zawodzi i drży?
- Nie rozumiesz? Biegnij do niego i zapobiegnij tej zdradzie.
- Jakiej zdradzie? Kastiel nie jest moją własnością, nic nas nie łączy. – Wykrzyczałam zdenerwowana. Nie na nią, tylko na siebie. Jesteśmy dla siebie obcymi ludźmi, mającymi wspólną przeszłość, która i tak nie ma znaczenia. To co było, to było.
- Suśka ty nic nie wiesz, co? Lysander mnie zabije, ale trudno. Kastiel cię kocha, szaleje za tobą. Zerwał waszą przyjaźń, ponieważ chciał zawalczyć o twoje serce. Wczoraj coś się między wami wydarzyło, prawda? Gdy zobaczył, że zwinęłaś się z Kentinem najpierw ogarnęła go mała furia, a potem zalał się w trupa. Nie mogliśmy go ogarnąć, wciąż bełkotał jak wiele dla niego znaczysz. Wszyscy, łącznie z nim myśleliśmy, że ty i Ken to para.  On jest durny. Głupi jak but. Boi się odrzucenia, boi się skompromitowania. Ty najlepiej to wiesz, jakim jest tchórzem. A dziś, możliwe, iż za zasługą Debry podda się. Leć do niego. – Co ja mam myśleć? Jej słowa weszły mi jednym uchem, by wyjść drugim. Przeleciały przeze mnie, w ogóle nie przyswojone przez mój umysł. Mimo jej słów, nie będę rzucać się do gonitwy za nim.
- Pogięło cię? On ma chyba rozum i pohamowanie?
- Su to jest facet. Nie zapominaj. W dołku nie za bardzo używają mózgu. No i jak półnaga laska wejdzie mu do łóżka to pokieruje się tylko jednym.
- Rozalia… - Dalej nie jestem pewna.
- Ten ostatni raz zawalcz o niego. Ty bądź tą, która wykona pierwszy krok w stronę waszego wspólnego szczęścia.
- Ostatni raz! – Zawtórowałam wstając z łóżka.
- Do dzieła mała. Zadzwonię do Debry, żeby zdobyć ci czas. Mam nadzieję, że w poniedziałek wam pogratuluję. – Zawołała podekscytowana. Niech mi pożyczy tego swojego entuzjazmu, bo dalej się waham, czy dobrze postępuję. W końcu miałam o nim zapomnieć.

Zadzwoniłam do drzwi w towarzystwie szczekania Demona. Osoba, która mi otworzyła rozsypała mój światopogląd.
- Ty tu? – Zapytała rozczesana Debra, szczelnie owinięta kołdrą z łóżka Kastiela.
- Gdzie Kastiel? – Udawałam nie przejętą jej stanem, choć miotały mną różnego rodzaju emocje. Od złości, po obrzydzenie. Pies nie wybiegł mi na przywitanie, tylko gdzieś zamknięty rozpaczliwie skomlał.
- Kąpie się. – Chciałam wejść do środka, lecz zatarasowała mi ręką przejście. – Wiesz, to nie jest za dobry moment.
- Niby czemu? – Zmierzyłam ją byczym spojrzeniem, mając ochotę zdzielić ją w ten głupi ryj.
- Bo widzisz ja i Kas… - Zarumieniła się, uśmiechając pod nosem w zawstydzeniu. Dobrze rozpoznawałam ten wyraz. Nie mogę w to uwierzyć. Spóźniłam się.
- Zrobiliście „to”?
- Eee, tak głupio prosto z mostu o tym mówić. – Nie udawaj cnotki, gadaj zaraz, bo nie wytrzymam.
- Zrobiliście? – Wydusiłam przez zaciśnięte zęby.
- Tak. – Odsunęła trochę przykrycia, pokazując w ten sposób świeże malinki na szyi. Zrobiłam chwiejny krok do tyłu. Co? Nie mogę tego pojąć. Straciłam go, bezpowrotnie. To koniec. Nie wybaczę mu tego. Tknąć ją… Bo ja mu nie dałam? Tak? Jak nie ja, to inna? Zawiodłam się. Jak on mógł mi to zrobić? Ulec jej i niby mnie kochając? Gówno jest dla niego cenniejsze. Gdybym była dla niego ważna to trzymałby ręce przy sobie. Rozpacz. Czuję żal, nienawiść, wściekłość. Jak ja mogłam uwierzyć w paplaninę Rozalii? – Ach Kastiel jest taki cudowny. Niby delikatny, a jednak gwałtowny. A jaki jest Kentin? – Czy ta laska jest normalna? Odpowiedziałam jej środkowym palcem, po czym uciekłam z miejsca zbrodni na moim sercu. Zabili mnie! Moją miłość. Biegłam przed siebie nic nie widząc. Oślepłam, ogłuchłam. Wiatr rozwiewał moje łzy. Nie mogę! Opadłam na kolana. Nogi odmówiły mi posłuszeństwa, nie udźwignęły tego ciężaru. Wrzasnęłam, kuląc się. Dusiłam się płaczem, wszystko mnie bolało. Rzygać mi się chciało. Rozrywało mnie na malutkie kawałki. Sypałam się jak ruina. Wtem rozległ się dzwonek mojego telefonu. Cała zasmarkana, zapłakana wygrzebałam go, bo wiedziałam kto jest po drugiej stronie. Potrzebuję go.
- Kentin pomóż mi… - Wyjęczałam do słuchawki.

___________________________________________________

Hej Kochane moje! Mam dla Was trochę przykrą wiadomość. Otóż dzisiejszy rozdział o Lysandrze się nie pojawi. Jednak nie martwcie się, w następną sobotę nadrobię to i tak jak było z Kasem wrzucę dwa fragmenty :) Wybaczcie mi po raz kolejny :<

25 stycznia 2016

Sucrette & Kastiel part XIV

PERSPEKTYWA KASTIELA

Nie udało się, chyba zamorduję Debrę. Tak mało brakowało.
- Idę do łazienki. – Uprzedziła wstając jakoś przybita. Czyżby też chciała? Zerknęła na mnie, czy to znak? Opuściła pokój, a ludzie zaczęli rozmawiać.
- Pójdę po piwa. – Oznajmiłem zamykając za sobą drzwi. Podszedłem pod pomieszczenie, w którym powinna się teraz znajdować. Nie zakluczyła się, więc bez namysłu wszedłem. Stała przy pralce, tyłem do mnie. Słysząc skrzypnięcie odwróciła się na pięcie. Zakrywała dłońmi usta, które pragnąłem teraz wykorzystać.
- Co ty wyprawiasz… - Zaczęła swój monolog, odsłaniając zaróżowione wargi. Coś mnie natchnęło, poczułem impuls nakazujący mi przejść do ataku. Tym razem ulegnę, dość wstrzymywania się. Ruszyłem w jej kierunku wypełniony adrenaliną. Omiotło mną pożądanie, tłumione już za długo. Czas dać mu upust. Podniosłem ją, pchając do tyłu. Posadziłem na blacie machiny, by była mniej więcej na równi. Sprawnie znalazłem się między jej kolanami. Złapałem jej piękną, nieskazitelną buźkę. – … Kastiel! – Kontynuowała paplaninę.
- No zamknij się. – Wydusiłem z siebie, łącząc nasze usta w zachłannym pocałunku. Tyle lat marzyłem o tej chwili. Teraz mogę bezkarnie bawić się jej wargami. Delikatnie przygryzać, muskać, ssać, a ona nie pozostawała na to obojętna. Współgrała ze mną, nie protestując. Zaangażowana objęła mnie, zagłębiając się dłonią w pasma włosów. Szarpiąc je lekko, przycisnęła się ciałem niwelując przestrzeń między nami. Czuliśmy swe ciepło, które wyrównało się dając nam znać o naszym dopasowaniu. Czułem rytm naszych serc bijący w ten sam przyśpieszony sposób. Uaktywniła się moja chciwość, bo pragnąłem więcej i więcej. Włożyłem jej język, jednak już na niego nie wiedziała jak reagować. Słodka świadomość bycia pierwszym! Jeszcze bardziej mnie to nakręca. Nagle odepchnęła mnie lekko. O nie! Zorientowała się, co się dzieje? Walnie mi w pysk?
- Ka… - Odetchnęła zarumieniona. – Ja nie umiem. – Tym się przejmuje? Jest niemożliwa.
- Rób to co ja. – Odparłem wracając do przerwanej czynności. Jej nieporadność powoli ustępowała pewności. Była dobra, najlepsza! Kurwa! Złapałem jej szyję, nie mogąc trzymać rąk przy sobie. Podniecenie rosło, niebezpiecznie naginając moją stabilność. No nie! Nie dam rady! Pragnę jej. Chcę wziąć ją tu i teraz! Powędrowałem ostrożnie po jej plecach, aby sięgnąć zamka. Nie zaprotestowała, gdy go rozsunąłem. Podparła się o mnie, dźwigając lekko tyłek, bym mógł podciągnąć czarną szmatkę do góry. Przerwaliśmy na chwilę głęboki pocałunek, ażeby pozbyć się sukienki i mojej bluzki. Odkryłem przed sobą najpiękniejsze ciało, jakie w ogóle widziałem. Biust wyłaniający się z koronkowej bielizny, kusił mnie jak diabli. Nie mogę jej nazywać deską. To grzech, bluźnierstwo. Wstyd mi za te wszystkie wyzwiska. Mam ją teraz przed sobą, nie dzieciucha tylko piękną kobietę, która jest destrukcyjna dla mojego pohamowania. Przytuliła mnie czule, jeżdżąc paznokietkami po moich łopatkach. Ucałowałem ją w główkę, po czym zacząłem schodzić niżej. Językiem smakowałem jej słodkawą skórę na szyi i ramionach. Dziewczyna drżała, naprężając się po każdym styku moich ust z jej rozpalonym ciałem. Wzdychała mi do ucha, gięła się i wbijała pazurki. Proszę, niech nie zachowuje się tak przy nikim innym. Niech tylko mój dotyk doprowadza ją do takiego stanu. Nie chcę się nią dzielić. Moją pierwszą i jedyną miłością. Całując kości obojczyka, zsunąłem palcami po jej linii kręgosłupa sprawiając, że wydała z siebie przytłumiony dźwięk rozkoszy. I już, gdy miałem zająć się pozbyciem stanika, padło mrożące krew w żyłach pytanie:
- Kastiel czy to coś dla ciebie znaczy? – Ech? Jak mam jej odpowiedzieć?
- A dla ciebie? – Wolałem wybadać grunt. Odsunąłem się kawałek.
- Pierwsza zadałam pytanie.
- To pierwsza odpowiedz. – Dystans powiększał się z każdym kolejnym wypowiedzianym słowem.
- Byliśmy przyjaciółmi… - Przez klatkę piersiową przeleciał mi zimny sopel. Myślałem, że usunąłem już tą etykietkę. Że jestem dla niej obcy… Widać, za krótko to trwało. Pośpieszyłem się. Kurwa! Tylko czy tak zachowują się przyjaciele? To nie jest normalne, żeby jedno na drugiego się rzucało, chcąc czegoś więcej. Nie wierzę. Co za głupie dziewczę. Nie. To ja jestem głupi. Miałem walczyć o jej serce, ale nawet tego nie potrafię odpowiednio zrobić. Słaby jestem, żałosny. Myślałem, iż będzie moja. Moja! Lecz to nie takie proste, gdy tylko jedna strona kocha… Przegrałem z nią. Zawsze wygranym jest ten, kto wkłada w coś mniej siebie. Brawa dla niej, niech się cieszy wyższością. Ubrałem bluzkę i bez słowa opuściłem wcześniej tak romantyczne miejsce. Nie zatrzymała mnie. Siedziała z opuszczoną głową pogrążona w milczeniu. Zatrzasnąłem za sobą drzwi i nabuzowany kładłem ciężkie kroki w stronę pokoju Lysandra. Ja pierdole! Ale ze mnie frajer. Mogłem nie przejmować się tą gadką i ją przelecieć. Przynajmniej w jednym aspekcie bym się usatysfakcjonował.

Wróciłem do pokoju, na nikogo nie patrząc zasiadłem na swoim miejscu. Miałem gdzieś bacznie przyglądające mi się oczy Debry i Kentina. Pieprzę ich, niech sobie wymyślają niestworzone historie o naszym zniknięciu.
- O Kas. Gdzie masz piwa? – Usłyszałem zapytanie Rozalii. Co ją to kurna obchodzi?
- Wstawiłem do lodówki księżniczko! – Warknąłem, nie potrafiąc utrzymać w sobie złości. Nie mogę udawać, że wszystko jest okej. No nie mogę! Zaraz wybuchnę i coś rozwalę!
- Kastiel idziesz na fajkę? – Zapytał Lysander. Normalnie gościu chyba czyta w moich myślach! Cudowny!
- Jasne! – Tego mi w tej chwili trzeba. Ucha kumpla i papierosa. Nic mnie tak nie uspokoi. No oprócz uśmiechu Suśki, ale teraz to nie chcę jej widzieć. Zeszliśmy na dół, na taras, żeby być jak najdalej od ludzi. Oparłem się o balustradę, wypuszczając przez nos gorzki dym.
- Co się stało? – Zapytał ostrożnie stojąc obok. Chociaż nawet nie śmie próbować szlug to dzielnie mi towarzyszy. Ten to ma niezłomną cierpliwość.
- Sucrette. – Odparłem krótko.
- Co z nią?
- Doszło do czegoś między nami. W końcu ją napadłem, ale… Zrąbała. - Westchnąłem zezłoszczony, na co Lys położył mi dłoń na ramieniu zwracając w ten sposób moją uwagę. Spojrzałem na niego, a on popatrzył na mnie jak na skończonego idiotę.
- Dziwisz się? To jest kobieta! Znaczy Sucrette, mająca do siebie wiele szacunku. Nawet jeśli by chciała, nie mogłaby ci się oddać, nie będąc ciebie pewną i swoich własnych uczuć. Jest porządną dziewczyną, więc wcale mnie nie zaskoczyłeś, tym, że zepsuła to, co między wami rozkwitało. – Co on pierdzieli? Była gotowa się ze mną przespać, po to, aby ogarnąć swoje rozterki?
- Czyli co? Całowała się ze mną, pozwoliła rozebrać, bo chciała się kurna upewnić?
- Myślę, iż ona sama do końca tego nie rozumie. Tego co się wydarzyło. Byliście przyjaciółmi, co ostatnio zakończyłeś, a teraz przeszedłeś do czynów naprowadzając jej postrzeganie ciebie w zupełnie innym kierunku. Oboje weszliście na nowy etap waszej znajomości. Powoli zacznie do niej docierać, że w tkwisz jako mężczyzna w zakamarkach jej serca, bo jeśli dopuściła cię do takich gestów to na pewno nie jesteś jej obojętny. Daj jej czas. – Uśmiechnął się pokrzepiająco, zadowolony z udzielenia mi rady. Jednak jest coś, co mnie nie pokoi.
- Czas, czasem. A co z tym durnym Kentinem? – Zaciągnąłem się mocno.
- Wiesz, nim nie musisz się martwić…

____________________________________________________________

UFF! Wielkie uff! Nienawidzę tego rozdziału! Straszliwie mnie zamęczał. Cały czas go odkładałam... Więc cieszę się, że udało mi się go napisać i wstawić w terminie. Dobra, trzymajcie się tam Kochani Moi, a ja uciekam robić zadania na jutro, bo mnie w szkole ukatrupią :<
A przy okazji przypominam o wzięciu udziału w ankiecie i mini konkursiku ^^ Pozdrawiam ♥