15 stycznia 2018

"The Lady in red" - Lysander II



Ferie świąteczne umknęły mi niezwykle prędko. Spędziłem je na gorączkowych debatach samego ze sobą na temat kobiety w czerwieni z sylwestrowej imprezy. Zwykłe, wręcz nieistotne spotkanie, a przyprawiało mnie o migreny. Nieznajoma musiała posiadać w sobie jakąś magię, takim paradoksem tłumaczyłem sobie moje zachowanie. Od kiedy stałem się taki odważny w stosunku do płci przeciwnej? Najwyraźniej udzielało mi się podejście Kastiela. Nie znałem nawet imienia tej, która skradła mi mój pierwszy pocałunek. Odruchowo zakryłem dłonią spierzchnięte usta. Uschły, stęsknione za tamtą narkotyczną chwilą.
- Lys chcesz pomadkę? – Mimo wszystko ten głos dalej potrafił wyciągnąć mnie z mojego świata. Im bardziej pragnąłem przestać na niego reagować, tym bardziej moje reakcje stawały się nadpobudliwe, aż powodowały u mnie omamy słuchowe. Spojrzałem na uśmiechniętą Rozalię. Stała przede mną, emanując pięknem i powabem. Nieco chaotycznie grzebała w torebce, aby po chwili podać mi szminkę.
- Dziękuję, ale nie trzeba. – Oznajmiłem, zamykając swój notes.
- Weź sobie, przecież widzę jak ci dokuczają te popękane wargi. – Uśmiechnęła się, nie przyjmując sprzeciwu. Ten obraz zawsze poruszał moje serce, więc i tym razem uległem, mimo że gdzieś tam głęboko we mnie, coś kuło boleśnie. Ten cierń dokuczał mi od ostatniej grudniowej nocy za każdym razem, gdy o niej myślałem. Posmarowałem się na oślep, tak jak ślepo patrzyłem na wszystko wokół. Nie dostrzegałem detali otoczenia, kurtki i płaszcze były tylko szaroczarnymi plamami. Ona była moim wyostrzonym, pierwszym planem, nie zależnie gdzie przebywaliśmy czy z kim mieliśmy do czynienia. Usiadła obok mnie, nurkując spojrzeniem w telefonie. Naprawdę nie chciałem zauważyć, z kim tak żywiołowo konwersowała, lecz przypadek obrał sobie mnie za cel. I znowu ten żal, romans dwóch bliskich mi osób kwitł jak japońska sakura w kwietniu, a mi przyszło się tylko wycofać na trybuny. Czy tego chciałem? Czy nie straciłbym ostatniej nadziei, gdybym się w tej chwili poddał? Wahałem się, bo gdy w grę wchodziły uczucia to okazałem się wielkim tchórzem.
- Rozalio… - Zacząłem, jednak dziewczyna uniosła tylko rękę i machnęła palcami, skupiona na wyświetlaczu.
- Czekaj chwilkę. – Na co miałem czekać? Jak uciekniesz przede mną tam, gdzie nie będę w stanie cię dogonić? Zbierając w sobie resztki odwagi złapałem jej dłoń. Zaskoczona oderwała wzrok od ekranu. W końcu obdarzyła mnie swoją uwagą, przez co straciłem nieco pewności siebie. – Jeśli chcesz mi oddać pomadkę to w porządku.
- Nie. – Zaprzeczyłem dosadnie, zatapiając się głębiej w jej oczach. Serce biło mi jak szalone, kiedy ostrożnie przysunąłem jej dłoń ku mojej klatce piersiowej. Jej powieki rozszerzyły się lekko, a usta ścisnęły w jedną, wąską linie. Otworzyłem swoje, aby w końcu jej to wyznać, gdy nagle poczułem uderzenie w plecy. Wyprostowałem się, przerywając nasz moment. Odwróciłem się zdenerwowany, no i, kogóż mogłem innego zobaczyć?
- Kastiel. – Burknąłem, a chłopak oparł się plecami o ścianę i wyciągnął papierosa, widocznie wytrącony z równowagi.
- Ej oszalałeś! Nie pal w szkole! – Krzyknęła ożywiona Rozalia stając przed nim i wyrywając mu używkę.
- Kuźwa, bo ja już nie mogę. Jak nie Amber to Skarlett za mną lata jak opętana. Ja wiem dobrze, że jestem zajebisty, ale bez przesady. Obie to jakieś życiowe porażki. Dajcie mi spokój… O! Właściwie Rozalia ty wyglądasz na samicę psa, weź idź na nie trochę poszczekać to może się ode mnie odczepią. Szczególnie tę drugą, bo w wyścigu upierdliwej prowadzi.
- Ha! Dzięki za komplement, ale nie mam zamiaru wtrącać się w twoje sprawy. I szczerze, dobrze ci tak. Bawisz się dziewczynami to powinieneś liczyć się z konsekwencjami. – Założyła ręce, widocznie ten temat nie był jej obojętny. Wyglądała i zachowywała się, jakby moment przed ułamkami sekund był czymś normalnym. Powoli zastanawiałem się, czy nie wydawało mi się, że jej policzki zarumieniły się z mojego powodu.
- Właśnie jakbym się z nimi jakoś zabawił to jeszcze bym tę fascynację zrozumiał.
- To jak to się stało? – Dopytała zaciekawiona, zerkając ukradkiem w telefon. Nie umknęło mi to, wyczekiwała odpowiedzi. Opuściłem głowę, brzuch zaczynał mnie boleć od tego okrutnego uczucia rozżalenia, niepokoju, tłumionej wściekłości… Zazdrości, tak to się chyba zwało.
- Sam nie wiem. Amber lata za mną od dzieciństwa, a ta Scarlett… No może raz ją pocałowałem, ale przecież to nic takiego.  – Rzekł nieznacznie.
- Nie mogę się z tobą zgodzić. Pocałunki to coś wielkiego. – Sprzeciwiłem się, wstając na dwie nogi. Nie miałem zamiaru siedzieć bezczynnie i słuchać, jak on odbiera wartość temu słodkiemu gestowi, którego wspomnienie śni mi się nocami. Kastiel obserwował mnie uważnie, chyba nie spodziewał się reakcji z mojej strony. Mogło go to nieco zdziwić, gdyż zazwyczaj nic nie mówię, póki nie zapyta się mnie o coś bezpośrednio. Zdawałem sobie z tego sprawę, po prostu zawsze uważałem, że jeśli nie miałem niczego mądrego do powiedzenia to lepiej ugryźć się w język. A z Kastielem raczej nie prowadziliśmy błyskotliwych dyskusji.
- Nie gadaj… - Klepnął się teatralnie w policzek. – Całowałeś się z kimś?
- Nie… - Skłamałem dość nieudolnie, uciekając spojrzeniem w bok. Dopiero wtedy doszło do mnie, że nie byliśmy w tej szatni sami. Nie chciałem, aby Rozalia o tym wiedziała, ponieważ gdy wyznam jej moje uczucia to może uznać je za nieprawdziwe. W końcu nosiłem ją w sercu, a pocałowałem inną… Ale czy to nie był swoisty odwet za jej wcześniejsze całowanie z moim bratem? Pogmatwane to.
- Lysio jak to nie? Widziałam cię na sylwestrze. – Zawołała, jakby to było coś oczywistego. Zobaczyła nas i nic? Żadnego żalu… Żadnej złości? Nawet rozczarowania mną? Obeszło ją to?
- To było nieporozumienie. – Starłem się to jej jakoś wyjaśnić, ale jej obojętny wyraz twarzy dał mi świadomość, że nie miało to dla niej znaczenia. Czułem taką desperację w sobie i wstyd, bo Kastiel głośno mnie wyśmiewał.
- Szkoda, że tego nie widziałem. Nasza sierotka została wykorzystana. Umrę ze śmiechu. – Śmiał się. Oczywiście.
- To nie jest śmieszne. – Rzuciłem cicho zażenowany, opuszczając wzrok. Brakowało mi sił w tamtej codzienności, gdzie cały czas nie mogłem zaznać spokoju. Wciąż zmartwiony, powoli miałem tego dość.
- W każdym bądź razie Roza pożycz mi swoje pachnidło. – Oznajmił chłopak, kiedy uspokoił swoją jednoosobową karuzelę..
- Po co ci?
- Popsikam się, wyczują inną i może się odczepią. – Te jego pomysły…
- Ej! – Wrzasnęła oburzona.
- Ewentualnie naśle na nią Lysia, jemu to się nie oprze. – Miarka się przebrała, nie mogłem tego dłużej słuchać. Dobrze, że zadzwonił dzwonek i mogłem bez żadnych zbędnych słów ruszyć na lekcje. Co to niby miało być? Może faktycznie, różniłem się od moich rówieśników podejściem do takich spraw, ale czy były to rzeczy, z których wypadało żartować? Ludzkimi uczuciami nie należy się bawić. Jeśli kiedyś spotkam tamtą nieznajomą to koniecznie ją przeproszę, nie powinienem ulegać chwili. To niedojrzałe.

Wędrowałem za Kastielem w stronę wyjścia ze szkoły, zatrzymaliśmy się jeszcze przy mojej szafce, bo chciałem zabrać z niej książki. Szukałem właściwego zeszytu, kiedy usłyszałem przekleństwo z ust przyjaciela, a zaraz po nim dziewczęcy głos, wypełniony podekscytowaniem i niecierpliwością.
- Wracamy razem do domu? – Zapytała radośnie, na co Kastiel uderzył pięścią w szafkę. Spojrzałem na niego odruchowo, mógłbym przysiąc, że za chwilę z jego głowy buchnie ogień, niszczący wszystko wokół począwszy od dziewczyny przed nim. Nie widziałem jej nigdy, chociaż już nie raz o niej słyszałem. W tej całej ich zwariowanej relacji, nie mogłem się zdecydować, kogo było mi bardziej żal, jednak nie zrobiłem żadnego kroku, aby pomóc im to rozwiązać. To nie była moja sprawa, nie chciałem się w nią wtrącać.
- Nie! Nie! Nie! Ile mam ci to powtarzać, żebyś w końcu zrozumiała? Odwal się, bo użyję buta! – Jego głos brzmiał strasznie, aż uciekłem spojrzeniem z powrotem do półki.
- Kocham cię i nie mogę się odczepić. Proszę, daj mi szansę. – Coś zakuło mnie w sercu. Czy moja historia miłosna nie wyglądała równie żałośnie? Ona przynajmniej posiadała w sobie odwagę do walki, nawet, jeśli okrutnie po niej krzyczano, a ja… Dalej stałem w miejscu, zezwalając na spektakl, gdzie moją główną rolę obok Rozalii przejmował mój brat.
Nagle Kastiel brutalnie złapał mnie za przedramię i pchnął w kierunku swojej prześladowczyni, wskutek czego boleśnie zderzyłem się brodą z jej czołem.
- Lys weź się jej pozbądź. – Warknął wrednie. Rzuciłem mu wrogie spojrzenie, po czym zerknąłem na dziewczynę przed sobą, która trzymała się za uderzone miejsce. Popatrzyła w górę, wprost w moje oczy i nagle… Szok! Odsunąłem się mechanicznie, kompletnie oszołomiony. To ona! Nieznajoma z sylwestra. Niewiarygodnie, wyglądała zupełnie inaczej. Agresywniej. Suknię zamieniła na czerwony gorset, skromność skryła pod czarną szminką i bujnymi blond falami, spływającymi po ramionach schowanymi pod czarną skórą z ćwiekami. Kto to był? Na pewno nie kobieta z sylwestra.
- W-w-witam. – Wydukałem zmieszany, czując jak moje policzki wrą.
- Cześć. – Odburknęła speszona tak samo jak ja, po czym odwróciła się na pięcie i bez słowa ruszyła przed siebie. Najwyraźniej nie spodziewała się ponownego spotkania, zresztą targały mną podobne odczucia. Kastiel objął mnie ramieniem.
- Tylko ty potrafisz przepłoszyć dziewczynę jednym słowem. – Skomentował, a ja wciąż obserwowałem jej oddalające się plecy. Bliskość, którą czułem w sylwestra zapadła się, tworząc między nami głęboką przepaść.


10 stycznia 2018

"The Lady in red" - Lysander I



  

Rok minutami zbliżał się ku nieuniknionym przeminięciu. Wyobrażałem go sobie, jako białowłosą kobietę z uśmiechem stworzonym z najpiękniejszych kwiatów. Nie było to przypadkowe, gdyż tamte dwanaście miesięcy zawsze będą kojarzyć mi się z nią. Moją codziennością i moim cudownym snem.
- A Lysander znowu odpłynął! – Jej głos wybudził mnie z rozmyślań. Tylko ona potrafiła przyciągnąć mnie z powrotem do naszego szarego świata. Spojrzałem na nią, śmiała się beztrosko. Lekkie rumieńce dodawały jej uroku, choć były efektem po kolorowym koktajlu alkoholowym. Siedziała po drugiej stronie szklanego stołu, dzięki temu mogłem bez konsekwencji zapamiętywać każdy skrawek jej ciała. Dostrzegać każdy gest i odgadywać emocje, które przebiegały po jej twarzy. Była dla mnie jak przesadnie wyostrzony film. Nie widziałem nic, chociaż za jej plecami szalała dyskoteka. Oderwała wzrok od swojego towarzysza i w końcu to mnie nim obdarowała.
- O! Obudziłeś się?! – Krzyknęła, po czym nachyliła się delikatnie nad stołem. – Lysio jak się bawisz?!
- Dobrze. – Odparłem, bo w tamtym momencie najlepszym dla mnie aspektem imprezy była właśnie ona.
- To cieszę się bardzo! – Klasnęła wesoło dłońmi. – Lysio, a nie chciałoby ci się pójść po szampan?! Za pół godzinki powitamy nowy rok! – Dodała mrugając do mnie okiem. Szczerze? To nie bardzo orientowałem się w tym geście, ale to nie miało znaczenia. Zerknąłem ukradkiem na mojego brata, który siedział obok niej. Wydawał się przygnębiony, więc domyśliłem się, że taki był jej prawdziwy motyw. Pełny obaw wstałem z miejsca. Wciąż wahałem się, czy dobrze postępowałem, zostawiając ich samych. W końcu… Coś się między nimi działo, nie miałem złudzeń, choć usilnie starałem się od siebie odrzucić tę prawdę. Podszedłem do baru i poprosiłem o nasz alkohol. Zanim Kastiel zniknął wśród ludzi, zapłacił za włożenie go do lodówki. Barman uprzejmie kiwnął głową i udał się na zaplecze, a ja nagle dostałem bolesny impuls. Odwróciłem się. To był mój największy błąd. Rozalia i Leo. Oni…
Niczym piorun pomknąłem w stronę wyjścia. Rozrywało mnie od środka, co to za okropne uczucie? Nie spodziewałem się, że to aż tak zaboli. Że braknie mi tchu i rozpali w gardle. Zimne powietrze ostudziło moje policzki. Ścisnąłem mocno powieki, jednak to nie pomagało w pozbyciu się ostatniego kadru. Robiło mi się słabo, uniosłem głowę, zakryłem dłońmi twarz. Piekły mnie oczy, nie mogłem dopuścić do uronienia łez. Rozsypałbym się całkiem, stracił swoją godność. Byłem mężczyzną…

 I wtedy, kiedy prawie przegrywałem usłyszałem niezgrabne pociągnięcie nosem. Wszystkie emocje nagle odeszły, po prostu czułem się normalnie. Poczułem się przez chwilę jak dziecko, które płacze, a po chwili przestaje, bo zapomniało już, po co to właściwie robiło. Taki zaskok. Z niemałym zaskoczeniem odważyłem się spojrzeć przed siebie. Zastygłem przytłumiony czerwoną plamą, układającą się w lejący materiał igrający z bladym światłem rzuconym z ogrodowych lamp. Postura tej skulonej kobiety połączyła się z mrokiem. Smutna córka nocy. Onieśmielające. Chciałem cicho się wycofać, pewnie tak bym zrobił, ale gdy tylko pomyślałem o tym, co tam na mnie czekało, nie mogłem. Od razu wracały do mnie tamte emocje, które przy nieznajomej zostawiały mnie w spokoju. Tak, to było to, czym mnie ofiarowała. Wyciszenie i harmonia wewnętrzna.
- Przepraszam… - Szepnąłem, a ona odwróciła się prędko. Nie widziałem dokładnie jej twarzy, jedynie, co dostrzegałem to blask odbijający się od strumyków na jej policzkach. Wydawała się taka krucha, wyzbyta masek. Szczera ze sobą, oddająca się chwili słabości.
- Czy tobie także zrobiło się tam duszno? – Zapytała cicho, pełnym chwiejności głosem. – Usiądziesz ze mną na moment? Bo sama… Czuję się tak żałośnie. – Dodała, obejmując samą siebie. Nie wiedziałem, co za magię w sobie posiadała, że posłusznie spocząłem obok niej. Może trochę za blisko, gdyż chłód jej ramienia powoli przesiąkał do mojego. Musiała trwać tam jakąś chwilę. Była mi zupełnie obca, a w tamtym momencie tak bliska. Zaczynałem się o nią martwić, czego do końca nie rozumiałem.
- Długo tutaj siedzisz? – Dopytałem zatroskany.
- Trochę. – Westchnęła. – Ale szczerze… Straciłam poczucie czasu. – Spojrzałem na jej trzęsące się nogi. Tego nie dało się zignorować. Bez namysłu objąłem ją i przyciągnąłem do mojego boku. Moje policzki znów stanęły w ogniu, ale nie zabezpieczyłem się, jak to w filmach, na taką ewentualność i nie posiadałem żadnej bluzy. Dziewczyna podparła się o moje udo i popatrzyła na moją twarz.
- Czy ty masz jakieś nieczyste intencje względem mnie? – Rzuciła z słyszalnym przestrachem. Odruchowo podniosłem ręce w akcie obronnym. Sam się przestraszyłem tego pytania i samego siebie.
- Nie, nie, nie! Nie mogłem patrzeć jak się trzęsiesz… Wybacz mi! – Tłumaczyłem się nieudolnie, zawstydzony zaistniałą sytuacją. Ona jednak zaśmiała się głośno i poklepała moje ramię.
- Żartowałam tylko. Nie spodziewałam się takiej reakcji. – Mówiła przez śmiech, a ze mnie uszło trochę powietrza. Udzielił mi się jej nastrój i sam się uśmiechnąłem. – Jesteś wyjątkowy. – Coś zakuło mnie w sercu, bo szczerze, nigdy nikt mnie tak nie nazwał. Nie przypuszczałem, że pragnąłem tych słów, aby w końcu poczuć się wartościowym człowiekiem. Ziszczały się moje sny, nic dziwnego, iż posiadała na ramieniu adekwatny tatuaż.
- Łapacz snów? – Zgadywałem, ponieważ w tych ciemnościach nie widziałem go wyraźnie.
- Ach… - Pośpiesznie zakryła rysunek ręką. – Wiem, mało oryginalny. Nic nadzwyczajnego. – Powiedziała najwyraźniej zawstydzona. Ośmieliłem się pomyśleć, że brakowało jej pewności siebie. Byłem zaciekawiony, a nie często mi się to zdarzało. W końcu nazywano mnie „dziwakiem”, który żyje we własnym świecie.
- To nie wzór nadaje nadzwyczajności, a historia i przyczyna. – Przejechała rękami po swojej głowie, następnie ponownie objęła samą siebie. Wnioskowałem, że to była jej nieświadoma taktyka samoobronna. Gdy miała zamiar się otworzyć, przytulała się, dodając sobie otuchy.
- Właściwie… - Zaczęła nieśmiało. – To chciałam, aby pomógł mi złapać faceta. W końcu to „łapacz”. – Domyślałem się, że takie pochodzenie miały jej łzy. – Dobrze myślisz. Nie wyszło mi. Przyszłam tu dla niego. Zmieniłam się całkowicie. Ubrałam sukienkę, którą ekspedientka nazwała „najpiękniejszą”, pierwszy raz poszłam do profesjonalnego fryzjera, umalowałam się inaczej niż na co dzień tylko po to, aby usłyszeć „Wyglądasz pięknie.” Tylko tyle. Natomiast on… Kazał mi spieprzać trzymając na kolanach inną. – Wyrzuciła z siebie, pełna żalu. Popatrzyłem przed siebie. Nasze zdarzenia były podobne. Z tym, że ona odważyła się na krok, a ja? Jak ja bym się poczuł, gdyby Rozalia potraktowała mnie tak drastycznie? Może ten lęk to główny powód, dlaczego do tej pory nie wyznałem jej moich uczuć? Bałem się sprostać oficjalnemu odrzuceniu, wolałem żyć cieniem nadziei. Chociaż chyba przyszedł czas, abym wziął antybiotyk.
- Cóż…
- Nie musisz nic mówić, a raczej… Proszę, nie mów nic. – Wyszeptała cicho, cała skulona. Współczułem jej, gdyż doskonale znałem to uczucie. Bezsilności.
- Pozwól, powiedzieć ci, chociaż dwa słowa.
- Jakie?
- Jesteś piękna. – Nie dało się ukryć, że uległem chwili, lecz nie mijało się to z prawdą. Nie znałem jej długo, praktycznie wcale, ale to był taki swoisty rewanż za wcześniej. Dziewczyna zaśmiała się sztucznie.
- Haha. Jak już, to miałeś powiedzieć „wyglądasz pięknie”. – Myliła się, a bardziej nie zrozumiała o co mi chodziło.
- Nie. Bo piękno kobiety to nie tylko to, jak wygląda. Kiedyś, gdy trafisz na odpowiedniego mężczyznę odczujesz różnicę. – W tle usłyszałem znajomą przygrywkę. Wyciągnąłem do niej dłoń. – Tymczasem ofiarujesz mi swój ostatni i pierwszy w tym roku taniec? – Przyjęła ją w ciszy. Weszliśmy do sali, ludzie nagle pouciekali do swoich stolików, rozlewając szampan. Mogłem tę melodię śmiało nazwać naszą, skoro pozostaliśmy tylko my. Nieśmiało złapałem ją talii. Była naprawdę szczupła, spojrzałem w jej oczy, kiedy zrobiliśmy pierwszy taneczny krok i to w ich srebrzystej tafli utonąłem. „The Lady in red” grała w naszych uszach, wyjątkowy utwór, idealny w tej wprost magicznej chwili.

Wszyscy nagle zaczęli krzyczeć i biec na dwór. Przystanęliśmy, wpatrzeni w siebie. Ciężko było mi w tamtym momencie się od niej oderwać. Głośny huk zagłuszył ostatnie nuty piosenki. Fajerwerki wystrzeliły jak ona. W ułamku sekundy podniosła się na palcach i wpiła w moje usta. Fala podekscytowania zawirowała w moim brzuchu. Zalało mnie ciepło, zniknęła władza w kończynach. Pochłonął mnie ten akt, oddałem się mu. Oszalałem. Odwzajemniałem każdy jej gest, każde muśniecie, które stawało się coraz intensywniejsze. Zatopiłem się w tej rozkoszy, płynącej z tego długiego pocałunku.

Oderwała się ostrożnie. Patrzyła mi głęboko w oczy. Uśmiechnęła się delikatnie, dopiero wtedy dostrzegłem ją nadzwyczaj wyraźnie. Jej poskręcane blond włosy, opadające na ramię. Bladą cerę, muśniętą subtelnym rumieńcem… Wyglądała pięknie.
- Szczęśliwego nowego roku. – Szepnęła cicho, powoli odrywając się ode mnie. Puściła mi oczko, po czym skierowała się w stronę wyjścia, pozostawiając mnie z trzęsącymi się nogami i głową, wypełnioną czerwienią jej sukni.

*******************************************************************************

Witajcie w nowym opowiadaniu o Lysandrze.
Szczerze? Nie pisałam nic, absolutnie nic odkąd zawiesiłam bloga więc mimo swojego stażu czuję się jak niemowlę stawiające pierwsze kroki. Wyszłam z wprawy, nie ma co ukrywać, ale teraz biorę się za to porządnie, aby przewyższyć samą siebie z przed (prawie) dwóch lat :D
Dlatego wytykajcie mi błędy, uczę się na nich.
No i proszę o wyrozumiałość, muszę się rozgrzać!
Na razie żegnam się z wami. 

20 grudnia 2016

Pięść i rozum - odcinek 17



No i to już ostatni dzień w szkole w tym tygodniu. Jutro czekały mnie zawody i o tym właśnie rozmyślałam przekraczając próg szklanych drzwi do tej nielubianej placówki. Starałam się odsunąć na bok wszelakie inne zmartwienia. Zresztą przyjęłam postawę ignorantki swoich problemów. Powiedziałam dość upiornym dywagacją, bo one niszczyły tylko moją psychikę. Muszę być twarda jak kamień, nie załamywać się ani nie przejmować. W końcu byłam silną babką, walczącą jak mężczyźni. I mimo tego, mój wzrok automatycznie powędrował w stronę drzwi pokoju gospodarzy. Ciekawiło mnie, czy ten wiecznie zajęty chłopiec był tam i pił poranną kawę. Od razu przypomniałam sobie o naszym małym intymnym incydencie. Nie mogłam go naciskać, mój wczorajszy impuls zaliczał się do nierozważnych błędów. Posłuchawszy się głosu mojego zakochanego serca, podeszłam jednak ku drewnie i zapukałam. Nie dostałam żadnego pozwolenia, ale i tak nacisnęłam klamkę. Wejście okazało się zamknięte. Czyli nic tam po mnie. Stałam przy nich jeszcze chwilkę, aż zostałam delikatnie zaczepiona w łopatkę. Odwróciłam się na pięcie, a widok blondyna uniósł moje kąciki ust ku górze. Od razu zalała mnie radość.
- Cześć Roxano, przepraszam, że wczoraj tak cię zbyłem. – Złapał się za łokieć, ściągając wargi w bok, tak samo jak swój wzrok. Wyglądał jakby był zażenowany, a sytuacja stała się dla niego czymś niezręcznym. – Naprawdę nie mogłem rozmawiać. – Dodał speszony. Ta jego postawa wydała mi się nieco urocza. Ucieszyło mnie, iż nie stało się to dla niego obojętne jak kiedyś. Zmieniło się między nami, to na pewno. Klepnęłam go w ramię, może trochę za mocno, bo aż przestąpił z nogi na nogę i rozłożył lekko ręce, łapiąc równowagę. Zaśmiałam się, a on dokuczliwie zaczął tarmosić moje włosy, zagarniając mi je na twarz. Przyłożyłam dłonie do jego klatki piersiowej, żeby go odepchnąć, ale jego rezolutny uśmieszek odebrał mi siły. W tamtym momencie czułam się jak typowa dziewczyna drażniąca się z swoim zalotnikiem.
- No dobra, zadowolony już jesteś? – Prychnęłam, udając obrażoną, kiedy przez czochranie moja gumka poddała się i wypuściła ze swojego uścisku wszystkie włosy, tworząc tym samym wielki, sterczący na boki chaos i nieład.
- Tak, zdecydowanie. – Poklepał mnie jakby nagradzał psa za dobre zachowanie. Strzepnęłam jego rękę, nadymając policzki i podmuchem usuwając loki z moich oczu.
- Bałwan. – Rzuciłam krótko, na co on wyszczerzył swoje perełki.
- Ojejku, zepnę ci je z powrotem. – Podniósł z podłogi gumkę i przysunął się bliżej, praktycznie biorąc mnie w swoje ramiona. Subtelnymi i ostrożnymi ruchami zaczął zbierać moje niesforne kosmyki. Traciłam czucie w nogach, zaciągając się jego otumaniającym zapachem. Bijące ciepło, przyciągało mnie coraz usilniej, aż w końcu przytuliłam mój policzek do jego klatki piersiowej. W tym miejscu było mi najlepiej. Powoli głaskana, wtulona w mojego ukochanego, którego serce biło tak samo szybko, jak moje. Bałam się, że zachowywałam się jak idiotka, ale odpędził moje rozterki, kiedy również mnie objął, przyciągając mocniej. Zabrakło mi tchu, gdy jego oddech łaskotał mój kark. – Roxano myślałaś o naszym pocałunku? – Wyszeptał mi do ucha.
- Tysiące razy. – Wydukałam z trudem.
- I jaką podjęłaś decyzję?
- Chciałabym stać się dla ciebie wyjątkowa. – Odsunął się kawałek, aby spojrzeć mi w oczy.
- Już taka jesteś. – Jak zaczarowana uniosłam dłoń i uszczypnęłam jego policzek. On syknął i odskoczył ode mnie, łapiąc się za zaczerwienione miejsce.
- Co ty robisz? – Dopytał zadziwiony. Zmarszczyłam brwi, sama analizując moje nielogiczne zachowanie. On przytulał mnie jak w tych wszystkich filmach romantycznych, a ja głupia go uszczypnęłam. Złapałam się za moje rozpalone czoło.
- Yyy nie wiem… Chciałam upewnić się, że nie śpię. – Złączyłam moje dłonie, zasłaniając swoje usta i kuląc się w ramionach. – Wybacz? – On zaśmiał się krótko i postukał czubek mojej czaszki dla mojego oprzytomnienia.
- Głupia. – Wystawił język, dodając temu zadziorny wyraz. – Zepsułaś moment.
- Sorki, sorki. – Faktycznie, cała atmosfera rozpłynęła się w powietrzu. Nataniel skierował się ku drzwią do swojego gabinetu, wkładając kluczyk do zamka. I wtedy właśnie coś mnie natchnęło. Skoro on twierdził, że byłam dla niego wyjątkowa to czy nie równało się to z tym, iż chciał ze mną być? Myliłam się w interpretacji jego poczynań? Jednak czy my na pewno do siebie pasujemy? Czy byłby w stanie zaakceptować moją mroczną stronę? Moją brutalność… Nie zlęknie się?
- Nataniel. – Zawołałam poważnym tonem. Spojrzał na mnie przez ramię, uchylając przejście. – Przyjdziesz jutro na moją walkę? Potem chciałabym usłyszeć twoje postanowienie. – Wpatrywał się we mnie przez chwilę, pewnie przeliczając wszystkie plusy i minusy.
- Niech tak będzie. – Odparł, posyłając mi uśmiech, pełniący funkcję obietnicy. Wiedziałam to, więc przytaknęłam, po czym ruszyłam w stronę klasy, gdzie powinnam mieć za niedługo pierwszą lekcję.

W trakcie przerwy obiadowej udałam się do stołówki na obiad. Byłam głodna i marzyłam o ciepłym posiłku, więc pożyczyłam ostatnie pieniądze Kastiela, żeby kupić sobie jakiś pełnowartościowy posiłek. Już z dala czułam ten apetyczny zapach, przez który mój żołądek zwariował, wydając z siebie odgłos burczenia. Weszłam do sali, rozświetlonej przez światło wpuszczone przez duże okna i wypełnione rzędami długich stołów, obleganych przez uczniów z granatowymi tacami. Spojrzałam na kolejkę przy kuchni i uśmiechnęłam się, dostrzegając machającą mi Kim. Podeszłam do niej, a ona wciągnęła mnie przed siebie. Była naprawdę w dechę.

Usiadłyśmy razem, praktycznie od razu biorąc się za parujący kotlet schabowy. Nie przejmowałam się za bardzo kaloriami, co mogło zdziwić. Realizowałam się w sporcie, ale nie przestrzegałam żadnych kanonów dietetycznych. Jeśli miałam na coś ochotę to jadłam to bez zastanowienia i wyrzutów sumienia. Jednak nie oszczędzałam się na polu ćwiczeń. Coś za coś.
- I jak Rox, stresujesz się przed jutrem? – Zapytała Kim, zanim wgryzła się w mięso.
- Nieszczególnie. – Rzuciłam obojętnie. – Nataniel dostanie twoją trzecią koszulkę.
- On? – Zapytała w trakcie żucia. Chyba nie stosowała zasady „nie mów z pełną buzią”. W sumie nie trzymała się żadnych szablonów, podpierając nogę o siedzenie, a łokieć ręki, którą jadła o kolano.
- Tak. Przyjdzie mnie zobaczyć. I właśnie mam prośbę. Czuwaj nad nim. Wiesz o co mi chodzi? – Zmrużyła powieki, zastanawiając się przez ułamek sekundy. W ostateczności kiwnęła potwierdzająco.
- Domyślam się, że o Kastiela? Spoko mała, dopilnuję, żeby nie było żadnych zamieszek. – Wystawiła kciuka w górę, na co odetchnęłam z ulgą. Ufałam jej, w końcu ona zastępowała mi Melanię. Tss… „Zastępowała” źle to ujęłam, ponieważ Kim była od niej dużo lepsza. To głupie stawiać je na równi.
- Dzięki.
- Nie ma sprawy. Zawsze możesz na mnie liczyć. – Mrugnęła jednym okiem, biorąc kolejny gryz.
- Nawzajem. – Odpowiedziałam, chcąc ją upewnić. Posłała mi buziaczka z pełnymi policzkami, na co zachichotałam cicho, gdyż wyglądała jak niesforne dziecko. To słodkie. Wróciłam uwagą do mojego posiłku, przypominając sobie o wciąż nienakarmionym głodzie.
- Tak z innej beczki, słyszałaś może plotę? – Wbiłam widelec we fragment ugotowanego kalafiora. Od czasów Nataniela nie za bardzo interesowałam się szkolnymi „tematami”. Miałam wielki dystans do wszelakich rozdmuchiwanych informacji i nowinek, gdyż z doświadczenia wiedziałam, że wcale nie były prawdziwe.
- Wiesz jakie jest moje nastawienie do plotek…- Przypomniałam jej, a ona nachyliła się nad stołem, aby zmniejszyć odległość między nami. Popatrzyła w prawo, lewo, aż w końcu głęboko w moje źrenice.
- Ale to dotyczy tej nowej, Sucrette. Ona jest chyba jakaś nawiedzona. – Powiedziała cicho i w tamtym momencie zachowałam się jak hipokryta, także się do niej nachylając i pytając:
- O czym ty mówisz?
- No, chodzi po szkole i opowiada o duchach. – Odsunęłam się zaraz, orientując się jakie to bezsensu. Przytuliłam plecy do oparcia krzesła, odsuwając się od tej durnej informacji i mojej ciekawskiej strony charakteru. Może, gdyby to nie dotyczyło Sucrette to nie obchodziło by mnie, co sobie mówią za jej plecami, ale od kąt byłam o nią świadomie zazdrosna, okazała się dla mnie nie obojętna.
- Coooo? – Dopytałam przeciągle, starając się uświadomić Kim o niewiarygodności i nonsensie tej pogłoski.
- Posprzeczała się z gwardią Amberki i dyrka kazała jej zostać po lekcjach. Następnego dnia twierdziła, że zobaczyła jakąś zjawę, pałętającą się tu po nocach. Czaisz to? – Tak. Domyślałam się o kogo jej mogło chodzić... Mimo wszystko musiałam odwrócić to jakoś w żart, bo jeszcze sekret Nataniela wyjdzie na jaw.
- Przecież wiadomo, iż ta szkoła jest nawiedzona. Szczególnie odnosi się to do tych wiedźm, które nas nauczają. – Zaobserwowałam, na co dziewczyna wybuchła głośnym śmiechem, przyciągając wzrok wszystkich dookoła.
- Roxxx… - Śmiała się rozbawiona, nikim się nie przejmując, co zaowocowało u mnie zauroczonym uśmiechem.

Powoli robiło się ciemno, kiedy mój ojciec przygotowywał sprzęt, żebyśmy mogli pooglądać nagrania z walk BlackBerry i ułożyć taktykę na jutrzejszy dzień. Lady ostrzegała mnie przed nią, co nie należało do jej zwyczajów, więc tym bardziej intrygowała mnie ta dziewczyna. Siedziałam na kanapie, sącząc stu procentowy sok jabłkowy z kartonika i obserwując zmagania mojego ojca z laptopem. Próbował wczytać płytkę, która nie chciała się poddać odtwarzaczowi, przez co w naszym salonie rozbrzmiewały wszelakie słowa wyrażające wkurzenie. Nie będę cytować. W końcu wrzasnął, waląc pięścią w blat stołu.
- Roxet weź zadzwoń po Kastiela. – Rozkazał, nie odwracając się do mnie. Machnęłam ramionami, wstając w poszukiwaniu mojego telefonu, którego napotkałam w mojej sypialni. Od razu wybrałam numer i wcisnęłam zieloną słuchawkę, przykładając wynalazek do ucha. Odebrał chyba po trzech sygnałach z głośnym „halloooł”. Idiota.
- Chcesz oglądać filmiki z walk mojej rywalki? – Przeszłam do rzeczy.
- Oho. Twierdzisz, że beze mnie będzie nudno?
- Gdzie ty to wyczytałeś z moich słów?
- Między wersami.
- Nieważne. Przyjdziesz, czy nie?
- Tak. Kup orzeszki wasabi i przyjdź po mnie pod szkołę.
- Dalej tam jesteś?
- Ta. Mamy próbę. To co?
- Nie chce mi się. – Burknęłam, gniotąc pusty kartonik i rzucając nim do kosza. Trafiłam.
- Na pewno? Twój szmaciarz też tu jeszcze jest. Nie masz ochoty poślinić się na jego widok? – Wiedział jak mnie złapać.
- Będę za pół godziny. – Rzuciłam, rozłączając się i wciągając na siebie pierwszą lepszą bluzę. Pobiegłam do łazienki, aby przejrzeć się w lustrze. Odruchowo złapałam wszystkie włosy, żeby spiąć je w kitkę,  jednak zawahałam się. Może zostawię je rozpuszczone? Wyglądam wtedy inaczej, bardziej dziewczęco. Zrezygnowałam z upięcia, a zamiast tego sięgnęłam po szczotkę i rozczesałam kołtuny. Hmm… A jakby tak nałożyć na siebie makijaż? Może też ubiorę jakąś bardziej dopasowaną kurtkę? Wyjrzałam zza próg i zawołałam mamę. To nie było moje standardowe zachowanie, lecz ukryta głęboko we mnie kobieta, wyraziła swoje potrzeby bycia pięknym. Czemu by nie spróbować?

Czekałam na niego po drugiej stronie ulicy, ściskając dwie reklamówki. Jedną ze sklepu, gdzie kupiłam orzeszki i piwo dla mojego taty, a w drugiej pewien skarb dla szczególnej osoby. Kastiel wyszedł z szkoły w towarzystwie Lysandra. Rozejrzał się dookoła, a gdy napotkał mnie, uśmiechnął się szeroko i odwrócił ku przyjacielowi, aby przybić z nim pożegnalną piątkę. Podbiegł do mnie i w zadowoleniu odebrał swój przysmak.
- No, w końcu jesteś. – Westchnęłam, a on wyjął z kieszeni paczkę papierosów i spoglądając na mnie, wziął jednego do ust. Cały czas uśmiechał się podejrzanie, co trochę mnie niepokoiło. Może moja mama przesadziła z tym tuszem na moich rzęsach?
- Nie mogłaś się doczekać? – Zapytał zarozumiale, odpalając i zaciągając się głęboko.
- Śpieszy mi się, muszę dobrze się wyspać przed jutrem. Weź to pod uwagę. – Próbowałam ściągnąć go na ziemię z tych jego naiwnych marzeń.
- Przecież specjalnie skończyłem wcześniej. Zresztą nie udawaj, że przyszłaś tu taka odpicowana dla mnie. To nie na mnie czekałaś, ściskając tę torbę, nieprawdaż? – Uniósł w górę jedną z brwi, rzucając ulotne spojrzenie w stronę siatki, którą automatycznie ścisnęłam mocniej. Rozgryzł mnie.
- Gdzie on jest? – Dopytałam, skoro i tak weszliśmy na temat Nataniela.
- Nie wiem. Może grucha gdzieś po kątach z Sucrette. – Chłodny wiatr rozwiał moje kosmyki na dźwięk jego okrutnego stwierdzania. Zrobiło mi się zimno, przez co przytuliłam samą siebie. Co ona miałaby tutaj robić o tej porze? Nie mówcie, iż odkryła ich sekret… I jakby na potwierdzenie moich brutalnych przypuszczań z wnętrza budynku wyszedł właśnie Nataniel. Roześmiany, trzymający dłoń dziewczyny… - O wilku mowa. – Prychnął Kastiel na tyle głośno, że blondyn spojrzał w naszym kierunku. Jego uśmiech nieco zmalał i trochę spanikowany puścił ją. Ale mimo tego nie podszedł do mnie, tylko udał się w stronę parku. Z inną u boku.
- Jesteś facetem, prawda? – Zapytałam wyprana z emocji, patrząc na tę cudowną parę.
- No raczej. – Rzucił z nutką jadu w głosie.
- Powiedz, czy wy tak naprawdę potraficie pocałować dziewczynę bez powodu? Bez żadnych uczuć?
- Oczywiście. – Powiedział to tak jakby chciał mi uświadomić najbardziej ewidentną rzecz na całym świecie. - Nie nauczyła cię niczego historia z Debrą? Szmataniel to dupek. Gorszy nawet ode mnie. – Dopowiedział, a mnie wtedy jakby olśniło. Mylił się co do niego. Nataniel był porządnym chłopakiem, nie skrzywdziłby dziewczyny. To, co przed chwilą ujrzałam musiało mieć racjonalne wyjaśnienie. Z pewnością źle to odbierałam.
- Poczekaj tu chwilę. – Rzuciłam do Kastiela, zanim ruszyłam w pogoń. Nie po to zabrałam ze sobą tę durną koszulkę, żebym jej teraz mu nie dała. Wręczę mu ją na oczach Sucrette i powiem „widzimy się jutro”. Tak jak zamierzałam. Nic mnie w tym nie powstrzyma. Byłam tak blisko. Prawie sięgałam jego pleców. Gdy nagle poczułam ucisk w talii. Chciałam krzyknąć, lecz usta wciskano mi w zęby. Coś, a raczej ktoś unieruchomił mnie. Zaczął odciągać do tyłu. Piętami rysowałam ślady w piachu, patrząc jak Nataniel oddala się ode mnie. Wołałam go w myślach. Bezskutecznie. Muszę się wyrwać. Ale czy mogę użyć swojej siły? Nad czym ja się w ogóle zastanawiałam? Nikt mnie nie obroni, byłam zdana na siebie. Upuściłam torbę na ziemię, aby zacisnąć pięści. Czas wyrwać się spod kontroli. Następne wydarzenia działy się jak w filmie stworzonym techniką po klatkową. Łokciem uderzenie w brzuch, podbiciem stopy walnięcie w łydkę, z pół obrotu kopniecie w twarz… I jeszcze raz… I znowu… Nie wiedziałam ile razy zadałam cios. Straciłam rachubę jak i kontakt z rzeczywistością. Po prostu biłam na oślep. Ocknęłam się z tego wojowniczego amoku, dopiero kiedy doszedł do mnie odgłos klaskania. Facet, którego pobiłam leżał na ziemi. Zakrwawiony. Boże… Złapałam się za głowę. Zjechałam dłońmi w dół, zasłaniając oczy.
- Brawo, tego można było się po tobie spodziewać, nieobliczalna Roxano Blanchard. – Nawet nie chciałam szukać źródła tego niskiego tonu, pełnego kpiny. – A co do jutra, pamiętaj - cios za cios. – I te słowa odbijały się echem w mojej pustej czaszce.

5 listopada 2016

Pięść i rozum - odcinek 16

- Daj mi odrobinę swojej siły. – Wyszeptał mi do ucha, ściskając mnie mocniej.
- W takim razie zdradź, co się dzieje. – Poprosiłam łagodnym tonem, on jednak milczał, by po chwili się odsunąć. Wzrokiem wodził po podłodze, byle by nie spojrzeć przypadkiem na mnie. Gdy jego oczy na swojej ścieżce natrafiły na moje adidasy, zatrzymał się na tym widoku nieco dłużej, żeby w następstwie podrapać się nerwowo po potylicy i usiąść na ławeczce przy szafkach. Westchnął ciężko, chowając twarz w swoich dłoniach, a łokcie opierając o uda. Niepokoiło mnie jego zachowanie, ewidentnie coś działo się w jego życiu i nie było to nic dobrego. Bacznie mu się przyglądając, zajęłam miejsce obok. On nie zwracał na to uwagi, pogrążył się we własnych myślach, więc aby otrzymać jego uwagę i jednocześnie dodać mu otuchy i odwagi, pogłaskałam go ostrożnie po kolanie. Udało mi się spełnić przynajmniej jeden z moich celów, bo chłopak popatrzył na mnie swymi zmartwionymi źrenicami.
- Chyba jeszcze nie jestem gotowy. – Wyjawił smutno.
- Do czego? – Dopytałam, nie rozumiejąc.
- Do powiedzenia tego komuś. Wstydzę się i nie potrafię. – Zerwał się do pionu.
- Nataniel zaufaj mi, proszę. Akurat mnie nie musisz się wstydzić. Jesteś dla mnie ważny, nawet bardzo, dlatego chcę ci pomóc. Jednakże nic nie zrobię, póki nic mi nie powiesz.
- Jakie są twoje prawdziwe relacje z Kastielem? – Uciekał, prawda? Nieporadnie próbował wymigać się od tej rozmowy.
- Nat, nie zmieniaj tematu. – Odwrócił się do mnie z zaciętą miną.
- Odpowiedz mi na pytanie. Dlaczego Kastiel przebywa u ciebie po nocach? Czemu tak usilnie wmawia ci, że nic dla mnie nie znaczysz?
- A nie miał w tym racji? – Zapytałam, a on najwidoczniej zorientował się, że zapędził się w tym wywiadzie, gdyż jego blade policzki lekko się zaczerwieniły. Jednakże chciałam sprawdzić, na czym stałam. Nie wycofam się tym razem, dość miałam moich wątpliwości. – Powiedz, kim dla ciebie jestem? Ile dla ciebie znaczę? – Wstałam powoli i zbliżyłam się do niego. Nic nie mówił, więc kontynuowałam. – Czy potrafisz dostrzec we mnie kobietę, z którą mógłbyś być? – Patrzyliśmy sobie prosto w oczy. Ułożyłam dłoń na jego klatce piersiowej i odniosłam wrażenie, iż jego serce lekko przyśpieszyło. Zerknęłam na jego rozchylone usta, kusiły mnie tak bardzo, że aż podniecenie zaczęło łaskotać mnie w brzuchu. Mimowolnie przygryzłam dolną wargę, wracając do jego rozmazanych źrenic. – Czy byłbyś w stanie pocałować mnie teraz? – Mój głos brzmiał melodyjnie i głęboko, może to przez buzujące we mnie emocje i wahania. On nieśmiało wyciągnął w moją stronę dłoń, aby delikatnie przytrzymać palcami mój podbródek. Jego dotyk wypuścił dziwny prąd, który napiął całe moje ciało. Jego rozgrzana skóra emanowała swym ciepłem, a jego zapach stał się dla mnie intensywniejszy, otumaniając mnie w ten sposób. Oddając się chwili, zamknęłam oczy i nagle przebiegł mnie dreszcz od styku naszych ust.

To się właśnie stało!

Prawa, lewa, prawa, lewa, prawa, lewa… Pełna werwy nokautowałam bezbronną gruszkę, dudniącą w moich uszach. Próbowałam przelać na nią i jednocześnie pozbyć się nadmiaru mojego szczęścia. Nataniel mnie pocałował! Walnęłam mocniej, tracąc rytm, a znokautowany przedmiot oddał mi cios w nos. Przetarłam go i ponownie wróciłam do ataku.
- Roxet zwolnij trochę, bo mi nie dobrze. – Usłyszałam zmęczony jęk. Należał on do Max’a praktycznie leżącego na ławce. Dalej nie doszedł do siebie po wczorajszej libacji. Przerwałam moją czynność, spoglądając na jego bladą twarz z podkrążonym oczami i wargami wyrażającymi jego fizyczną niedyspozycję.
- Idź do domu. – Nakazałam, bo uparcie męczył się tutaj, co było dla mnie niezrozumiałe.
- Niee, muszę odbyć trening. Pomóc ci…
- W takim stanie nie zrobisz nic. – Zdjęłam rękawice i podchodząc do niego, odłożyłam je na oparcie. Wciągnęłam na swoje ramiona bluzę, następnie podałam Max’owi dłoń, żeby pomóc mu przy wstaniu. On popatrzył na mnie marszcząc brwi, więc uśmiechnęłam się na zachętę. – Chodź, odprowadzę cię. – Miałam wrażenie, że jego skóra nabrała różowego odcienia, kiedy przyjął moją ofertę. Z trudem stanął na swoje nogi.
- Nie musisz. – Burknął pod nosem, a i tak ruszył za mną.
- Ale chcę. Przy okazji przyda mi się spacer. – Od razu poczułam ciepło w środku na miłe wspomnienie, chociaż wieczorny wiatr ostudził moje policzki.
- Masz dzisiaj dobry humor. – Zauważył, leniwie ciągnąc stopy po żwirowej ścieżce, prowadzącej między wysokimi tujami do furtki mojego ogrodzenia.
- Nawet bardzo. – Przyznałam wesoło, otwierając mu przejście. On przeszedł przez nie i w następstwie przystanął.
- Roxano czy mogę się do czegoś przyznać? – Zapytał, nie odwracając się do mnie.
- Tak. – Przytaknęłam. Wziął głęboki wdech, coś go musiało gryźć.
- Podobasz mi się. – Wyznał, a mnie zamurowało. Przez moment próbowałam wmówić sobie, że się przesłyszałam, ale gdy powiedział to po raz drugi, wiedziałam, iż to nie pomyłka. Natomiast nie wiedziałam, jak miałam na to zareagować. On nie miał zamiaru czekać na moją odpowiedź, bo po uprzednim „sam dojdę do domu” odszedł, zostawiając mnie w niewielkim szoku. Patrząc tak na jego oddalające się plecy, przypomniałam sobie zdarzenie z szatni.

Nie otwierałam oczu, gdyż obawiałam się, że to mój kolejny sen, który skończy się wraz z uchyleniem powiek. Jednakże musiałam zmierzyć się z rzeczywistością, kiedy byt Nataniela przestał być przeze mnie wyczuwalny.
- Przepraszam... - Wydukał cały czerwony, trzymając się z dala. 
- Nat… Umm… Nic się nie stało. – Chciałam pozbyć się tej jego zmieszanej postawy.
- Właśnie stało Roxano. - Oznajmił poważnie. - Ja nie wiem, po prostu... Byłaś taka urocza... Ja... - Szukał wytłumaczenia, ale ja wcale tego nie potrzebowałam. Nawet jeśli uległ chwili, nawet jeśli nic dla niego to nie znaczyło, to mi dało to tylko zapas euforii, która zdecydowanie przyda mi się podczas sobotniej walki. Przybliżyłam się do niego, a on spiął się cały, wciągając powietrze.
- Powiedz tylko jedno, czy żałujesz? - Uśmiechnęłam się, wyrażając swoje wewnętrzne święto. Do tamtego dnia, wydawało mi się niemożliwym coś takiego. Chłopak przetarł oczy i policzki, łącząc swe palce na wargach, których przed chwilą posmakowałam.
- Szczerze? - Dopytał, jakby prawda miała mnie zaboleć. Mimo tego przytaknęłam. - Chcę to powtórzyć. - Normalnie lawa krążąca w moich żyłach wylała się na zewnątrz, rozpalając mnie do czerwoności. Przysięgam! Roztapiałam się.
- W takim razie co z tym zrobimy? - Mój głos brzmiał wyjątkowo wysoko. On machnął ramionami, mówiąc:
- Dajmy sobie czas i zastanówmy się na spokojnie.

I tak stałam w furtce, dalej patrząc w jeden punkt, chociaż Max dawno zniknął za zakrętem. Chłodne powietrze zaczęło mi dokuczać, więc wróciłam myślami z powrotem. Odwróciłam się w stronę ścieżki i nagle poczułam impuls, nakazujący mi natychmiastowe spotkanie z Natanielem. Pragnęłam do zobaczyć, wyznać mu wszystko, inspirując się odwagą Max'a. Nie rozważając tego, biegiem ruszyłam w stronę jego domu. Jednocześnie wyciągnęłam telefon z kieszeni bluzy, aby uprzedzić do przed moją wizytą. Dźwięk łączenia towarzyszył mi w moim pędzie. Nie odebrał, lecz nie miałam zamiaru tym się zrażać i tchórzyć. Ja nie musiałam się zastanawiać. Kochałam go, to oczywiste. Nie obchodziło mnie już, że może tego nie odwzajemniać, czy mogłam go do siebie zrazić, atakując go moją skrytą romantycznością. Chciałam mieć to za sobą, więc zdyszana zatrzymałam się przed jego willą. Jego rodzice byli zamożni, stąd wielkość, majestatyczność i przepych wylewający się z tego miejsca. I mimo takiego mieszkania, brama wjazdowa była wiecznie otwarta. Minęłam czarny samochód, a zewnętrzne światło rozbłysło, gdy przybliżyłam się do drzwi. Oby to on mi otworzył. Pomodliłam się w duchu, dzwoniąc dzwonkiem. Doszło do mnie, że trochę tego nie przemyślałam. Trudno. Jednak widok Amber, nieco odebrał mi pewność, co do mojego spontanicznego zadziałania. Chyba źle to rozegrałam.
- Mogłabyś zawołać Nataniela? Muszę pilnie z nim pogadać. To bardzo ważne. - Przyszłam do rzeczy, nie witając się z nią, gdyż jej to wisiało. Usta dziewczyny wykrzywiły się w szyderczym uśmiechu.
- Nie ma go. - Rzuciła, zatrzaskując mi przejście przed nosem. Najwidoczniej nie miała ochoty na dalszą dyskusję. Z nią nigdy nie było lekko. Wyjęłam jeszcze raz komórkę, żeby zadzwonić do chłopaka, zanim zawrócę. Och. Ucieszyłam się, kiedy odebrał po trzech sygnałach, natomiast to, co mi powiedział wprawiło mnie w smutek i rezygnację.
- Przepraszam, nie mogę teraz rozmawiać.

_____________________________________

Hej! Dziękuję Wam z całego serca za Waszą aktywność pod ostatnim postem! Nawet nie wyobrażacie sobie jaka byłam szczęśliwa i równocześnie zaskoczona, że ktoś jeszcze czyta te moje opowiadanko :) Cieszę się, iż jesteście ze mną i poniekąd wspieracie, naprawdę dziękuję za to :*
Przepraszam Was za moją niesystematyczność. Kiedyś starałam się jej trzymać, lecz teraz niestety mam na głowie wiele obowiązków i nauki (bo matura już w maju - nigdy nie olewajcie szkoły) i nie za bardzo mam czas. Jednak jeśli się już to zdarzy to zawsze coś piszę i choćbym miała nie wstawiać czegoś przez miesiąc to nigdy, absolutnie NIGDY nie porzucę tego bloga. Pisanie jest dla mnie pasją, odskocznią od problemów i zmartwień. Kocham to i kocham tego bloga, tak samo jak Was i każdą Waszą aktywność, która napędza mnie i motywuje. Ta niby niepozorna strona, gdzie wrzucam swoje wpisy jest dla mnie bardzo ważną częścią mojego życia, o której każdemu wspominam...

A co do moich zaległości. Dodatek z Lysandrem pojawi się w tym miesiącu. Jest już w trakcie (powolnego) pisania. Muszę przy nim przysiąść...
Wgl zbliża mi się rocznica tego bloga i nie wiem, co specjalnego przygotować. Macie jakiś pomysł lub zachciankę? Może być cokolwiek, niekoniecznie związanego z pisaniem. Zdradzę, że myślałam o filmiku promocyjnym :D Nie wiem, serio. Pomóżcie :*

No to pozdrawiam Was serdecznie i do następnego ♥